Tag: groove metal

Czytaj dalej

Ikony: Fear Factory „Demanufacture”

Każdy, kto tak jak ja, około roku 1998 był nastoletnim maniakiem gier komputerowych, pamięta prawdopodobnie widok uzbrojonego w ogromne wiertło monster trucka, wyłaniającego się z mroku w akompaniamencie monumentalnych dźwięków, przypominających OST do Terminatora. Wspomniany obraz to oczywiście intro do kultowego Carmageddona, a towarzysząca mu piosenka to Zero Signal – jeden z najbardziej rozpoznawalnych hymnów Fear Factory, a jednocześnie moja brama do świata „naprawdę” ciężkiego grania… a w każdym razie cięższego niż Korn i The Offspring.

Czytaj dalej

W Kolejce Do Grania… Vol. 4

Po bardzo mocnym wydawniczym początku roku, na horyzoncie zaczyna majaczyć letni sezon ogórkowy – tym bardziej bolesny, że w obecnej sytuacji możemy zapomnieć o wszelkich festiwalach i imprezach. Niemniej, dużo fajnych premier wielkimi krokami zmierza w naszą stronę, a ja ponownie przedstawiam kilka piosenek z krążków, na które osobiście ostrzę sobie zęby.

Czytaj dalej

Recenzja: Maxdmyz „Anatomy Of Power”

Ciąg wrażeń towarzyszących obcowaniu z muzyką Londyńskiego Maxdmyz jest doprawdy zaskakujący. Pierwsze spojrzenie na miksującą Leonarda Da Vinci z H.R. Gigerem okładkę sugeruje zawartość z okolic Fear Factory, lub – z naszego podwórka – Thy Disease. Wbrew tym prognozom, po odpaleniu pierwszego kawałka dostajemy na twarz muskularne, tradycyjne riffowanie, posadowione na ciężkiej podwalinie garów i grzmiącego basu, nasuwające momentalnie skojarzenia z ostatnimi płytami thrashowych legend – Anthrax i Flotsam & Jetsam, albo amerykańskim heavy metalem w stylu Helstar, a na deser klasyczne, bardzo ładne zresztą, solo…

Czytaj dalej

Recenzja: Stoned God „Incorporeal”

Przyznam się bez bicia – w przypadku Stoned God poleciałem na okładkę. Kiedy mignęła mi w sieci na jakimś banerze, moją uwagę przykuła arktyczna kolorystyka i efektowna, podobna do Shivy postać, rozpadająca się w gęsty dym, o twarzy zasłoniętej kosmiczną maską. Zważywszy na nazwę zespołu spodziewałem się jednak szeregowego stonera, a więc muzyki, przy której rzadko zostaję na dłużej. Ku mojemu pozytywnemu zaskoczeniu okazało się, że Niemcy nie parają się zjaranym rockiem o pustyni, a technicznym deathem, z tłustymi groovami á la Dyscarnate, i wyczuwalną domieszką gniotącego sludge’owego klimatu.