Czytaj dalej

Ikony: Fear Factory „Demanufacture”

Każdy, kto tak jak ja, około roku 1998 był nastoletnim maniakiem gier komputerowych, pamięta prawdopodobnie widok uzbrojonego w ogromne wiertło monster trucka, wyłaniającego się z mroku w akompaniamencie monumentalnych dźwięków, przypominających OST do Terminatora. Wspomniany obraz to oczywiście intro do kultowego Carmageddona, a towarzysząca mu piosenka to Zero Signal – jeden z najbardziej rozpoznawalnych hymnów Fear Factory, a jednocześnie moja brama do świata „naprawdę” ciężkiego grania… a w każdym razie cięższego niż Korn i The Offspring.

Czytaj dalej

Recenzja: Paradise Lost „Obsidian”

W tym roku do pełnego przeglądu starej gwardii smętnego łojenia brakowałoby już tylko premierowego krążka Anathemy. My Dying Bride wypuścili w marcu świetny The Ghost Of Orion; jeszcze ciepła płyta Katatonii wypadła nieco gorzej, ale przecież też nie przynosi im wstydu, od kilku dni zaś, nieprzerwanie katuję uszy najnowszym dziełem moich ulubieńców z tej ponurej gromadki, czyli, oczywiście, Paradise Lost. Panowie zaliczyli w ciągu ostatnich dwóch dekad tak stabilny ciąg dobrych wydawnictw, że z obrzeży moich zainteresowań trafili do ścisłej czołówki artystów, na których nowe nuty rzucam się jak dzieciak na gwiazdkowe prezenty.

Czytaj dalej

Recenzja: Katatonia „City Burials”

Ciężka sprawa z tą Katatonią – nigdy nie potrafię przewidzieć, czy ich następna płyta będzie hitem, czy porażką. Kilka pozycji z katalogu grupy to prawdziwe złoto – od czasu do czasu robię sobie sesje z Tonight’s Decision, Dead End Kings, Viva Emptiness (zwłaszcza po niedawnej reedycji), The Great Cold Distance, lub The Fall Of Hearts i za każdym razem utwierdzam się w przekonaniu, że cholera, to są świetne krążki! Z drugiej strony, nigdy, mimo wielu podejść, nie przekonałem się do pozostałych. Zwiastujące City Burials single odsłaniały dwa spójne w wizji, lecz odmienne w strukturze oblicza sztuki zespołu, i jako takim, udało im się mnie zaciekawić. W związku z tym, i biorąc pod uwagę fakt, że bardzo podobał mi się poprzedni album Szwedów, na całość materiału czekałem z niecierpliwością….

Czytaj dalej

Recenzja: Havok „V”

Najnowszy Testament jeszcze dobrze nie ostygł po wyjęciu z odtwarzacza, a na łamach Irkalli ląduje kolejny czystej wody thrash. Tym razem jednak postanowiłem sprawdzić co słychać u młodej gwardii, trzymającej ten klasyczny gatunek przy życiu z nie mniejszym zapałem, niż kiedyś jego ojcowie założyciele. Havok, obok kolegów z  Warbringer, Evile, Municipal Waste, czy choćby mojego ulubionego Vektora, stanowi tejże forpocztę i, nie robiąc sobie nic ze spadających mu na głowę zarzutów wtórności, od dekady produkuje staroszkolny metal, z płyty na płytę podbijający serca kolejnych, odzianych w dżinsowe katany, rurki i białe tenisówki fanów…

Czytaj dalej

W Kolejce Do Grania… Vol. 4

Po bardzo mocnym wydawniczym początku roku, na horyzoncie zaczyna majaczyć letni sezon ogórkowy – tym bardziej bolesny, że w obecnej sytuacji możemy zapomnieć o wszelkich festiwalach i imprezach. Niemniej, dużo fajnych premier wielkimi krokami zmierza w naszą stronę, a ja ponownie przedstawiam kilka piosenek z krążków, na które osobiście ostrzę sobie zęby.

Czytaj dalej

Recenzja Książki: „Dla Dobra Metalu”

15 kwietnia premierę na polskim rynku miała książka Briana Slagela zatytułowana Dla Dobra Metalu. Większości fanów ciężkiego grania nazwisko autora nie powinno być obce, a już na pewno świetnie znana jest powołana przez niego do życia instytucja. Chodzi naturalnie o amerykańską wytwórnię Metal Blade, która z żelazną konsekwencją i w bezkompromisowy sposób, od prawie 40 lat promuje ekstremalną (adekwatnie do czasów) muzę, a po drugiej stronie Atlantyku praktycznie ją zaszczepiła.

Czytaj dalej

Recenzja: Hexvessel „Kindred”

Będąc fanem głosu, charyzmy i szeroko pojętej wizji artystycznej Mata McNerneya, staram się śledzić dokonania zespołów, w których akurat macza swe zawsze zapracowane palce. Obecnie są to: folkowy Hexvessel, rockowy Grave Pleasures, i hołdujący jego nieśmiertelnej miłości do wszystkiego co ekstremalne i piekielne, The Deathtrip. Jako, że formułę czystej wody muzyki ludowej odbieram jako dość ograniczoną i przewidywalną, pierwszy z wymienionych składów zawsze plasował się na pograniczu moich zainteresowań, najbardziej zaś trafiał do mnie w tych momentach, kiedy odważnie zbliżał się do granic rocka, dzięki czemu jego muzyka zdecydowanie zyskiwała na uniwersalności. Stąd od debiutu tej leśnej drużyny wolę When We Are Death i No Holier Temple, a po tym jak praktycznie odpuściłem sobie zeszłoroczne All Tree (teraz już wiem, że niesłusznie, ale to temat na następny raz), z uwagą poświęciłem się ich premierowemu wydawnictwu…

Czytaj dalej

Recenzja: Ulcerate „Stare Into Death And Be Still”

Ulcerate w ciągu ostatnich lat przeprowadzili szturm na hierarchię wartości fanów ekstremalnego metalu. Ich podróż od statusu ciekawostki z antypodów, do roli jednego z najbardziej prominentnych składów na scenie, ku któremu zgodnie zwracają się uszy publiki w oczekiwaniu na przełomowe dźwięki, była i nadal jest czymś zgoła spektakularnym. Nowozelandczycy na przestrzeni dekady nie wypuścili ani jednej słabej nuty, wytrwale szlifując dekadencką, brutalną materię swego technicznego death metalu, a każde kolejne wydawnictwo stawiało następny krok w kierunku wyzwolenia z formalnych więzów i ku artystycznej dojrzałości….

Czytaj dalej

Recenzja: Dopelord „Sign Of The Devil”

Myślę, że eksploratorom krajowej sceny i lokalnym konsumentom ziół wszelakich nazwa Dopelord nie jest obca, lublinianie grają bowiem swojego kannabinoidowego dooma już niemal od dekady. Wprawdzie nie zaliczam się do grona prawdziwych koneserów stonerowych brzmień, ale – jak w każdym zakątku metalowej sceny – i tu znajduję masę dobrej muzyki, która aż błaga, żeby się nią poczęstować. O najnowszym dziele naszych bohaterów przypomniał mi kolega z Twoja Stara Gra Metal, skutkiem czego postanowiłem wrócić do Sign Of The Devil i popławić się w dobywających się z niego gęstych, nasączonych oleistym fuzzem oparach.

Czytaj dalej

Recenzja: Maxdmyz „Anatomy Of Power”

Ciąg wrażeń towarzyszących obcowaniu z muzyką Londyńskiego Maxdmyz jest doprawdy zaskakujący. Pierwsze spojrzenie na miksującą Leonarda Da Vinci z H.R. Gigerem okładkę sugeruje zawartość z okolic Fear Factory, lub – z naszego podwórka – Thy Disease. Wbrew tym prognozom, po odpaleniu pierwszego kawałka dostajemy na twarz muskularne, tradycyjne riffowanie, posadowione na ciężkiej podwalinie garów i grzmiącego basu, nasuwające momentalnie skojarzenia z ostatnimi płytami thrashowych legend – Anthrax i Flotsam & Jetsam, albo amerykańskim heavy metalem w stylu Helstar, a na deser klasyczne, bardzo ładne zresztą, solo…

Czytaj dalej

Recenzja: 1349 „The Infernal Pathway”

… The Infernal Pathway jest ewolucyjnym ciągiem dalszym wędrówki 1349 – wypadkową estetyki Massive Cauldron Of Chaos i jego brutalnie łojących dupę prekursorów, dającą w efekcie nową dla tej ekipy jakość. Osiem wchodzących w skład zestawu kawałków wciąż cieszy niedawno wynalezionymi, zaraźliwymi haczykami, zakorzenionymi w thrashu ognistymi solami i stylowo siekącymi riffami, a jednak za sprawą zwiększonego udziału lodowatych tremoli, perkusyjnych nawałnic i spowijającego wszystko diabelskiego mroku, charakterowi całości jest obecnie znów zdecydowanie bliżej do klasycznego drugofalowego blacku, którym panowie parali się pierwszej fazie działalności, nawet jeśli podano ją w XXI-wiecznych, łamiących bariery gatunkowe standardach…

Czytaj dalej

Szybki Strzał: Aktor „Placebo”

Aktor to dość enigmatyczny fińsko-amerykański twór, powołany parę lat temu do życia przez artystów ze sporym, nawet jeśli w wypadku 2/3 składu zajebiście niszowym dorobkiem. Muzykę zawartą na ich drugim krążku, Placebo, trudno jednoznacznie sklasyfikować. Do głowy przychodzi mi masa skojarzeń: chwilami z robotycznym Voivodowym ekscentryzmem, ubranym w rozgorączkowaną rytmikę á la King Gizzard & The Lizard Wizard, innym razem z psychodelicznym, utopionym w syntezatorach space rockiem z okolic Hawkwind czy nawet Tame Impala…

Czytaj dalej

Recenzja: Testament „Titans Of Creation”

Są płyty, które żeby docenić, trzeba zwyciężyć, czasem w żmudnej walce. Przebrnąć przez nie w poszukiwaniu piękna lub przynajmniej ogarnialnej struktury. I są płyty takie jak Titans Of Creation, w przypadku których od pierwszych nut czujemy się, jakbyśmy dostali w prezencie pod choinkę nową lśniącą zabawkę, tylko czekającą, by sprawić nam dziecięcą wręcz radochę. Testament zrzesza obecnie ekipę prawdziwych metalowych bohaterów – drużynę marzeń, z niezmiennym gitarowo-wokalnym trzonem w osobach Erica Petersona, Alexa Skolnicka i Chucka Billy’ego, uzupełnionym przez Gene’a Hoglana i Steve’a DiGiorgio na rotujących stanowiskach bębniarza i basisty. Nie trzeba nawet dodawać, że po tak wypasionym składzie można spokojnie oczekiwać najwyższej próby metalowej rzeźni, a co za tym idzie, masy przedniej zabawy. Jak jednak wygląda rzeczywistość w zestawieniu z oczekiwaniami?