Autor: mightynamtar

Czytaj dalej

Recenzja: All Them Witches „Nothing As The Ideal”

Żaden ze mnie ekspert, albo wielki fan stonera, toteż rzadko podejmuję się recenzowania albumów z tej szufladki. Inna sprawa, że akurat All Them Witches stoją wysoko na liście moich muzycznych bohaterów, a ich dokonania śledzę od kiedy w moim odtwarzaczu zagościł Dying Surfer Meets His Maker. Chłopaki wybornie mieszają pachnącą Doorsami zmierzchającą, stepowo-autostradową przestrzeń, oraz łagodną psychodelię spod znaku Pink Floyd z bluesem i hard rockowym żwirem, nie wpadając przy tym w bagienko tradycyjnej stonerowej monotonii i utrzymując wystarczająco dużo pazura, by nie wylecieć zupełnie poza obszar ostrego grania. Nie zapominają również, że atrakcyjna piosenka zawsze wygrywa, a z drugiej strony, że atrakcyjna piosenka absolutnie nie musi być prosta, łatwa, ani przewidywalna.

Czytaj dalej

Recenzja: Iotunn „Access All Worlds”

Testowanie granic metalu jest zawsze w cenie, bo trzyma go przy życiu i nie pozwala mu dać się zakopać pod zwałami kurzu. Dobrze jednak, że obok eksperymentatorów, wciąż pojawiają się nowi twórcy, poszukujący oryginalnych rozwiązań w znajomych, sprawdzonych ramach, kultywujący gatunkową tradycję. Tacy właśnie jak Iotunn. Duńczycy na swojej debiutanckiej pełnej płycie wrzucili na ruszt nośny progresywny death, nasuwający skojarzenia z Edge Of Sanity około Purgatory Afterglow, szczyptę muskularnego melodeathu a la stare Amon Amarth oraz szybujące, power metalowe wręcz wycieczki wokalne i upichcili z tych składników dzieło, które z jednej strony brzmi jakby kręciło się w odtwarzaczach już od dwóch dekad, z drugiej zaś ma w sobie wystarczający zasób świeżych rozwiązań, by ładnie wpisać się w aktualne, poszukujące oblicze sceny.

Czytaj dalej

Recenzja: Moonspell „Hermitage”

Pośród kultowych zespołów, które kształtowały krajobraz europejskiego metalu w latach 90. Moonspell jest jednym z tych większych i bardziej niezawodnych. Jasne, zaliczyli lepsze i gorsze momenty, ale trudno mówić w ich przypadku o jakimś dłuższym okresie posuchy, jaka zdarzyła się kilku innym składom. W związku z ich stabilną formą, której doskonałymi dowodami są choćby Extinct (jedna z moich ulubionych pozycji w ich katalogu w ogóle) oraz nieco trudniej przyswajalny, acz ambitny 1755, nigdy nie przestałem śledzić ich poczynań…

Czytaj dalej

Recenzja: Yoth Iria „As The Flame Withers”

Grecka scena ekstremalna od dawna bliska jest mojemu sercu. To śródziemnomorskie, bachiczne podejście do chwalenia diabła, podlane winem, spowite w dym z kadzideł i światło świec, działa na mnie magnetycznie. Choć nie łykam bezkrytycznie wszystkiego, co napływa z okolic Peloponezu, mam masę szacunku i sympatii dla tamtejszych ekip, z Rotting Christ, Septicflesh i Nightfall na czele, nawet jeśli ci pierwsi ostatnimi czasy w kółko nagrywają ten sam album. Świeży helleński black budzi moje zainteresowanie często skuteczniej niż jakikolwiek inny, toteż gdy trafiłem na informację o Yoth Iria, kapeli założonej przez dwóch jego prawdziwych weteranów – George’a „Magusa” Zacharopoulosa i Dimitrisa Patsourisa – i uzupełnionej gościnnymi wykonawcami, również całkiem niezłym portfolio, momentalnie i niemalże w ciemno, sprawiłem sobie kopię ich tegorocznego wydawnictwa.

Czytaj dalej

Recenzja: Soen „Imperial”

Soen ewidentnie jest w twórczym ciągu. Od premiery Cognitive w 2012 roku Szwedzi, pod wodzą znanego niegdyś z Opeth Martina Lopeza, wydają kolejne albumy z niemal niezachwianą regularnością, kontynuując swoją artystyczną podróż od złożonych progowych struktur, ku bardziej piosenkowej sztuce. 2 lata po premierze Lotusa, dostajemy świeży materiał, który stawia wprawdzie kilka dalszych kroków na ścieżce ich stylistycznej ewolucji, zasadniczo jednak bardzo bezpiecznie trzyma się znajomych, wypracowanych ram…

Czytaj dalej

Recenzja: Königreichssaal „Witnessing The Dearth”

W momencie, w którym krążek Witnessing The Dearth ruszył pocztą w moją stronę, nazwa Königreichssaal była mi kompletnie obca. Celowo nie szukałem w internecie informacji o tej ekipie, chciałem bowiem dać się zaskoczyć polskiemu podziemiu i podejść do ich materiału bez filtru zewnętrznych opinii. Jakież było moje zdziwienie, gdy z koperty, zamiast spodziewanej minimalistycznej promówki, wyjąłem wydany nakładem londyńskiego labelu Cult Of Parthenope, gustowny, gruby digipak z eleganckimi rycinami i liternictwem, rozkładający się efektownie w formę odwróconego krzyża. Ekipa ta, mimo, że debiutująca, wchodzi na scenę pewnym krokiem i od razu rzuca gawiedzi w twarz porządnie skrojony materiał, podążający za sprecyzowaną, momentalnie wyczuwalną wizją.

Czytaj dalej

Recenzja: Asphyx „Necroceros”

Weterani europejskiego death metalu, po pięciu latach przerwy, powracają na deski z nową płytą. Z jedynym (prawie) oryginalnym członkiem w składzie, w osobie Martina Van Drunena, Asphyx rzuca słuchaczom na pożarcie kolejną porcję łojenia, utrzymaną w niemal tej samej estetyce, jaką, z krążka na krążek, serwują od czasu Death… The Brutal Way, kiedy to rzeczony kultowy frontman powrócił w ich szeregi. Tradycyjnie więc, mamy do czynienia z istnym muzycznym czołgiem, który rozjeżdża na miazgę wszystko, co stanie na jego drodze, żłobiąc zaciągniętymi z dooma riffami krwawe koleiny. Dla różnorodności, chłopaki raz po raz rozkręcają bezlitosną sieczkę na bagnety – przyspieszają, serwując zainteresowanym rasowe, niemal death-thrashowe młyńce…

Czytaj dalej

Megaton Sword „Blood Hails Steel – Steel hails Fire”

Megaton Sword to świeżutka, bo oficjalnie powołana do życia zaledwie parę lat temu kapela ze Szwajcarii, parająca się całkiem ostatnio modną, najbardziej bodaj eskapistyczną odmianą ciężkiego grania, czyli rasowym, bitewnym heavy metalem – takim z naprężonymi muskułami, lokami do pasa i wielkimi, lśniącymi mieczami dzierżonymi na promocyjnych zdjęciach. Z dwóch archetypów metalowych wojowników, jakie przychodzą mi do głowy, to jest rycerza w lśniącej elfiej zbroi, dosiadającego rumaka z tęczową grzywą (Rhapsody) oraz pokrzykującego, dzikiego siepacza, w skórach à la Conan Barbarzyńca (Manowar), nasi bohaterowie wstrzeliwują się w ten ostatni. Ich metal, choć melodyjny i podniosły, jest szorstki, twardy i mógłby służyć raczej jako ścieżka dźwiękowa do rzezania bliźnich w trakcie najazdu na ich płonącą stolicę (patrz okładka), niż jako oprawa dla heroicznej epopei, wystawianej na królewskim dworze, przed mdlejącymi niewiastami.

Czytaj dalej

Recenzja: Dread Sovereign „Alchemical Warfare”

Płytowy rok 2021 uważam za otwarty. Całkiem wcześnie, bo już 15 stycznia, ukazała się pierwsza z wypatrywanych przeze mnie premier, to jest, oczywiście, właśnie Alchemical Warfare. Mimo tego, że pierwsze albumy Dread Sovereign nie zwaliły mnie w swoim czasie z nóg (zwłaszcza For Doom The Bell Tolls był rozczarowująco marny), na nadejście kuriera z przedpremierowo zamówionym ich najświeższym plackiem czekałem z niecierpliwością. Po pierwsze bowiem, bądź co bądź jest to wydawnictwo Alana Averilla, a na te poluję od czasu, kiedy usłyszałem The Gathering Wilderness i To The Nameless Dead, a po drugie, cokolwiek by nie mówić o całościowej jakości poprzednich albumów składu, każdy z nich miał na swoja obronę co najmniej kilka mocnych momentów, że wspomnę choćby o świetnych Thirteen Clergy i The World Is Doomed…

Czytaj dalej

Recenzja: Killer Be Killed „Reluctant Hero”

Po kilkuletniej przerwie supergrupa, którą tworzą Troy Sanders (ok, na wszelki wypadek napiszę: z Mastodona), Greg Puciato (jw.: ex- Dillinger Escape Plan), Ben Koller (Converge) i Max Cavalera (kurna, z The Beatles) powróciła z nowym albumem. Muszę powiedzieć, że premiera ta była dla mnie pewnym zaskoczeniem. Projekt stanowi bowiem zderzenie tak autonomicznych muzycznych osobowości, że wydawało mi się nieprawdopodobne, by miał on szansę przerodzić się w tradycyjnie funkcjonujący zespół. Z tego jednak, co mówią sami zainteresowani wynika, że za sprawą powstałej między nimi zażyłości, Killer Be Killed wyewoluował w pełnoprawny artystyczny byt. Należy się więc spodziewać, że wydanie na świat Reluctant Hero nie jest ich ostatnim słowem.

Czytaj dalej

Recenzja: Dark Tranquillity „Moment”

Wbrew powyższej metryczce, kategoryzowanie muzyki Dark Tranquillity jako melodeath przestało być uzasadnione wieki temu. Od czasu, mniej więcej, Fiction jest to raczej, po prostu, melodyjny metal z growlingiem, nieodległy od tego, czym parają się obecnie inni szwedzcy weterani z tego samego podwórka, choćby Arch Enemy i Amon Amarth – żadnej formy ekstremy, ani ryzykownych artystycznych poszukiwań już tu nie uświadczymy, a sama muzyka jest atrakcyjna, łatwa i przyjemna. Mimo tego, podczas gdy od In Flames już jakiś czas temu odpadłem, głównie z powodu ich irytujących ciągot do uprawiania banalnego, koniunkturalnego, arenowego rocka, przy Dark Tranquillity trzyma mnie klasycznie heavy metalowy vibe i wyczuwalna radość grania bijąca z ich piosenek…

Czytaj dalej

Top 10 Płyt 2020

Żegnaj 2020, witaj 2021. Zmontowanie tegorocznego zestawienia sprawiło mi sporo trudności. Nie żeby w ciągu ostatnich miesięcy brakowało dobrych premier; wręcz przeciwnie – niemal tydzień w tydzień na półce i playlistach pojawiały się kolejne mocne pozycje, ze szczególnym uwzględnieniem wszelkiej maści doomów i deathów. Prawdziwych olśnień nie było jednak aż tyle co choćby rok temu. Wobec tego praktycznie wszystkie albumy które znajdziecie poniżej, a także całkiem pokaźna ławka rezerwowych, zajmują podobną pozycję w moim sercu…

Czytaj dalej

W kolejce do grania… Vol. 7

Za oknem pierwszy śnieg, harmonogramy wydawnicze na 2020 nieuchronnie się zamykają, wielkimi krokami zbliża się ekscytujący czas podsumowań, a na łączach już znaleźć można zapowiedzi albumów zaplanowanych na styczeń i luty. Pora więc powoli zamykać playlisty z hitami z mijających 12 miesięcy i utworzyć nowe, na których otwarcie, jak znalazł, nadadzą się poniższe piosenki.

Czytaj dalej

Recenzja: Pallbearer „Forgotten Days”

Trudno byłoby podważyć tezę, że Pallbearer, w obrębie współczesnej sceny doom metalowej, dorobił się statusu małej gwiazdy. Dzięki temu, że chłopaki nieustannie testują granice gatunkowej niszy, wkraczając w rejony postu, progresji, stonera i sludge’a spod znaku choćby Yob, a jednocześnie utrzymują niezaprzeczalnie klasyczny feeling, czerpiąc w równym stopniu z zamierzchłej klasyki, co z dokonań brytyjskich smutasów z lat 90., premiery ich płyt przykuwają uwagę opiniotwórczych portali i zazwyczaj zgarniają świetliste noty. Po Forgotten Days sięgnąłem więc z uzasadnionym nastawieniem na parę wysokojakościowych okazji do radosnego dumania nad marnością, daremnością i porażką egzystencji. Cóż może być bowiem lepszego na jesienną izolację?