Dopelord, Belzebong | Poznań 15-08-2021

Parę dni temu, po dwóch latach przerwy, miałem wreszcie okazję ponownie skatować uszy żywą muzyką, a dostarczyli mi jej panowie z Lasu Trumien, Dopelorda i Belzebonga, w ramach imprezy z cyklu Lato w Plenerze w poznańskiej Tamie. Częściowo właśnie za sprawą koncertowego głodu, a częściowo dlatego, że ostatni Dopelord był zajebiście dobry, niezmiernie cieszyłem się na to wydarzenie. Byłem też ciekaw, jak wypadną na deskach niedawni Leśni debiutanci, z ich podanym bez zbędnych ozdobników, polskojęzycznym sludge doomem.

Na początek niestety spora łyżka dziegciu. Według biletu show zaplanowany został na ósmą. Postanowiłem, że dam sobie czas i przy rozgrzewkowym piwku nacieszę się atmosferą zdarzenia, dotarłem więc na miejsce z półgodzinnym wyprzedzeniem. Ku mojemu rozczarowaniu, by nie powiedzieć, porządnemu wkurwieniu, okazało się, że Las Trumien właśnie odgrywa ostatnie dźwięki, a koncert wystartował godzinę wcześniej niż informowano. Państwo organizatorzy, weźcie się, cholera, w garść!

Mój pierwszy covidowy koncert rozpoczął się zatem od Dopelorda. Chłopaki weszli na scenę jeszcze “za jasnego”, czyli w okolicznościach niespecjalnie sprzyjających budowaniu atmosfery horroru, zwyczajowo spowijającej ich numery. Kiedy jednak zapuścili swoją riffową maszynę, przestało to mieć jakiekolwiek znaczenie. Ciężkie, tłuste i wilgotne jak babeczki z Amsterdamu walce jechały ze sceny w ogrodniczych oparach, bujając jak wszyscy diabli, a refren za refrenem zmuszały do radosnych okrzyków. Set otworzył Children Of The Haze, po czym poleciały Witching Hour Bell, Hail Satan, Heathen, Addicted To Black Magic i, na zakończenie, epicki Doom Bastards. Numery ze świetnego Sign Of The Devil weszły oczywiście pięknie i stały się przyczyną lekkiego bólu gardła, ale na wzmiankę zasługuje również wykonanie openera z Black Arts… Kawałek ten zyskał dzięki doświadczeniu kapeli i wypadł efektowniej niż na krążku, zwłaszcza w zakresie brzmienia i charakterystycznego haczyka wokalnego w refrenie. 

Dopelord, fot. MC

Lublinianie wiedzą jak oddawać hołd Electric Wizard i Black Sabbath przed nimi, ale w ograne pochody riffów wplatają  wystarczająco dużo perfekcyjnie trafionych melodii i wokalnej charyzmy, by wpisana w gatunek wtórność zupełnie mi w ich przypadku nie przeszkadzała. Przez kilkadziesiąt minut, którymi dysponowali, bawiłem się wyśmienicie. Ze względów lokalowych, w ramówce wydarzenia nie było miejsca na długi set żadnej z gwiazd. Piotr (frontman Dopelord) zażartował nawet, że wszystkie utwory polecą o ⅓ szybciej niż normalnie i choć bluźnierstwo to nie doszło do skutku, widownia musiała nacieszyć się dość zwięzłym występem. Szczerze mówiąc, przy tak hipnotycznie powtarzalnej i mozolnej muzie, nie dało się odczuć z tego powodu znacznego niedosytu. Ja w każdym razie odszedłem spod sceny usatysfakcjonowany.

Po dokonaniu zakupów z katalogu lublińskiej ekipy wróciłem pod barierkę na chwilę przed startem Belzebonga. Jako że nigdy wcześniej nie dotarłem do twórczości tego, nieco starszego i chyba bardziej znanego od Dopelord składu, czekałem na ich pierwsze dźwięki z niejakim zaciekawieniem. Tym razem już w wieczornych ciemnościach, oświetleni oszczędnym zielonym światłem i na tle niepokojących wizualizacji, panowie zatopili się w instrumentalnym transie. Kręcąc synchroniczne młyńce długimi piórami, wioślarze wytoczyli miarowy, jednorodny konwój riffów, bardzo podobny do tego, jaki usłyszeliśmy w ramach poprzedniego występu; pozbawiony wokali, barwniejszy za to w warstwie psychodelicznego gitarowego mięsa. Choć daję kciuki w górę za stonerowo-metalowy puryzm, niepowstrzymany flow i diabelską otoczkę, sprzyjającą zatapianiu się w dźwiękowej zupie, uważam, że takie podręcznikowe stonerowe granie cierpi na braku dobrego narratora, który przydałby mu indywidualizmu i rozpoznawalności. Mimo, że dałem się całkiem nieźle wciągnąć w sztukę kielczan, gwiazdą wieczoru pozostał więc dla mnie Dopelord.

Belzebong, fot. MC

Spóźniwszy się na ⅓ setu, spędziłem na dziedzińcu Tamy zaledwie nieco ponad 2 godziny, na przemian pijąc ciepłe piwko z baru i machając łbem pod barierką, do muzy dwóch kapel, z których tylko pierwsza naprawdę mnie porwała. Wracając do domu czułem się jednak trochę tak, jakbym wyszedł z koncertu wyczekiwanej gwiazdy na zajebistym festiwalu. Jeśli coś nam covid przyniósł pozytywnego, to między innymi właśnie to, że możemy ponownie docenić wartość drobiazgów, jakie jeszcze 2 lata temu uważalibyśmy za oczywiste, a może nawet niespecjalnie ekscytujące. Nie chcę bynajmniej przez to powiedzieć, że relacjonowany tu show niewart byłby mojej uwagi, gdyby nie poprzedzająca go pandemiczna posucha – przeciwnie, na Dopelorda wbijałbym w każdych okolicznościach, a ich występ, jak łatwo wywnioskować z powyższego tekstu, wypadł zajebiście – jestem natomiast w stu procentach pewien, że na przykład w roku 2018, stary zblazowany ja, nie miałbym z tej niewielkiej imprezki aż takiej radochy jaką miałem obecnie. To powiedziawszy, tym bardziej żałuję, że zaplanowana na jutro Sunnata z Magiem została odwołana. Nic to! Za dwa tygodnie In Twililght’s Embrace i Okrutnik!