Recenzja: Helloween „Helloween”

Gatunek: power metal
Rok: 2021

20 lat temu Helloween był dla mnie bardzo ważnym zespołem. Nie tak topowym wprawdzie, jak ich rodacy z Blind Guardian, ale Keeper Of The Seven Keys Vol. 1, Time Of The Oath, Better Than Raw, Rabbit Don’t Come Easy, a na pierwszym miejscu The Dark Ride… Tak, te płyty kręciły się u mnie na potęgę. Z wiekiem jadłospis mi się zmienił, a i same Dynie przestały wydawać interesujący materiał. Autentyczna iskra gdzieś się ulotniła i mimo, że żaden z ich nowszych albumów nie poniósł jakiejś spektakularnej artystycznej klęski, niczemu co wydali po roku 2003, z ewentualnym wyjątkiem Gambling With The Devil, nie udało się podbić mojego serca, ani nawet przykuć na dłużej uwagi.

Niemcy praktycznie zniknęli z mojego radaru, nawet jeśli pobieżnie śledziłem ich kolejne przedsięwzięcia. Informacja parę lat temu o zebraniu do kupy wszystkich trzech historycznych frontmanów przy okazji trasy Pumpkins United, przepłynęła obok mnie jako ciekawostka, nie powodując przyspieszonego tętna. W swoim malkontenctwie potraktowałem ją wręcz jako wymuszony skok na kasę, nie dopuszczając za bardzo myśli, że może, po prostu, niemłodzi już rockmani chcieli poczuć raz jeszcze twórczą chemię, zrobić coś epickiego i usłyszeć spod sceny autentyczny wrzask fanów i fanek wszystkich pokoleń. Bo po to w końcu robią to co robią! Kiedy usłyszałem, że rozszerzony skład przyjął się na tyle, że szykuje się pełna płyta, byłem przekonany, że ta europowerowa wersja Parku Jurajskiego nie ma prawa się udać. Niespodziewanie jednak, na krótko przed zapowiedzianą premierą, obudziła się we mnie nostalgia za czasami beztroskiego tłuczenia takiego grania i ostatecznie krążek wylądował na mojej półce. Tego typu wycieczki sentymentalne rzadko kończą się dobrze, bo okazuje się że po dawnych bohaterach zostały zaledwie puste deklaracje, marketingowy puder i twórczy uwiąd. Niepomny jednak, koniec końców, odpaliłem Helloween z pewną dozą dawnej, dziecinnej ekscytacji.

Źródło: helloween.org

Łatwo się domyślić, że nie pisałbym całego tego wstępu, gdyby nie czaiło się tu spore “a jednak!”. Dla uspokojenia powiem od razu, że przesłuchawszy płytę ładnych parę razy od deski do deski, nie zostałem na nowo dzikim fanem Dyń. Aczkolwiek, co bardzo mnie cieszy, niemałe jej fragmenty robią zaskakująco dobrą robotę. Od pierwszych minut słychać tu radość grania i ten charakterystyczny, pozytywny Helloweenowy vibe. Out For Glory wystrzeliwuje krążek z wykopem, jednocześnie puszczając oko do słuchacza w starym dobrym stylu Dr Steina, z nieco głupkowatym, acz trafnie ironizującym tekstem, ścigającymi się wiosłami i klasycznymi liniami wokalu Michaela Kiskego, który choć nie ma już 20 lat, wciąż trzyma świetną formę. Andi Deris pozostaje póki co w cieniu, swoje trzy grosze dorzuca zaś Kai Hansen, nadając refrenom impet jadowitymi skrzekami à la Painkiller. Przy tej okazji wtrącę, że najbardziej ryzykowny aspekt albumu, to jest połączenie na niewielkiej przestrzeni heavymetalowych utworów małej armii scenicznych osobowości, absolutnie nie skutkuje ich przeludnieniem. Numery są spójne, nie przypominają też rozpisanej na role rockowej opery, która to formuła mogłaby pozbawić ich piosenkowej efektywności. Zresztą, za mikrofonami dialog prowadzą tu głównie Deris z Kiske’m; Hansen z sukcesem koncentruje się na partiach gitary, uzupełniając wokalną warstwę kompozycji strategicznie rozmieszczonymi akcentami.

Fear Of The Fallen jest bardziej dynamiczną kompozycją od openera, z rasowym metalowym ogniem przeplatanym spokojniejszymi, choć pulsującymi stałym tempem akustycznymi wstawkami. Obaj obecni frontmani grają tu pierwszoplanowe role, wymieniając się partiami śpiewu i łącząc głosy w efektownych harmoniach szybującego refrenu. Do tego dostajemy powracający raz po raz, wyśmienity zębaty riff, którego nie da się nie lubić; słowem – mocne strony wydawnictwa podane w pigułce.

Helloween nie byliby sobą, gdyby nie wrzucili na listę przynajmniej jednego krótkiego, zabawowego, bezwstydnie podnoszącego na duchu numeru z gatunku I Can, Mrs God, czy choćby Future World. Tę funkcję pełni tu Best Time, i o ile w przeszłości numery te zdarzało mi się łykać, to tym razem Niemcy zaserwowali nam jeden ze słabszych. Instrumentalnie jest to standardowy, prosty rocker, z gwoździem programu w postaci refrenu, w tym przypadku boleśnie sztampowego, dodatkowo popsutego przez banalnie rymowane wjazdy Hansena. Na szczęście kolejny na liście, utrzymany w podobnie imprezowym stylu Mass Pollution, dorzuca do pieca, ciska na stół smakowity hard rockowy riff oraz zadziorne linie wokalu Derisa, tym samym przerzucając album z powrotem na właściwe tory. Przynajmniej pod względem muzycznym, trudno bowiem przejść bez pewnej żenady obok jego skandowanego radośnie, dość niezręcznego tytułu.

Następujący później blok utworów to standardowy Helloween robiący swoje, na przyzwoitym poziomie, ale bez większych fajerwerków. Angels schodzi z imprezowego parkietu na odrobinę mroczniejsze, poważniejsze wody i oferuje kilka klimatycznych solówek, a także garść porządnych melodii w wykonaniu Kiskego, natomiast Indestructible sunie na motorycznych, zadziornie frazowanych zwrotkach, które prowadzą do hymnowego i wpadającego w ucho, choć przewidywalnego refrenu. Rise Without Chains i Robot King to niepohamowany, rozhulany power metal, tyleż klasyczny, co znów mało wyróżniający się. Wprawdzie żadna pozycja z powyższego zestawu nie boli, ale dla dobra odbioru całości materiału, Niemcy mogliby spokojnie jedną, bądź dwie z nich zostawić na edytorskim stole. Po niemal trzech kwadransach grania Helloween zaczyna bowiem lekko nużyć, a do końca jeszcze kawał drogi.

Cyanide to szybki, efektowny strzał, niosący wystarczającą energię, by wyrwać słuchaczy z ewentualnego stuporu i rozgrzać przed ostrym, kopiącym tyłek Down In The Dumps, a następnie epickim finałem albumu – wspaniałym, singlowym Skyfall. Inaczej niż bywało w przeszłości, panowie postanowili umieścić najdłuższy numer na końcu płyty, a nie na początku, co nawet przy takiej jej długości i pewnym zmęczeniu materiału daje dobry efekt, ponieważ skutecznie wynagradza chwilami dłużącą się przeprawę. W duchu najszerzej zakrojonych dzieł w dorobku całej dyniowej rodziny, takich jak Keeper Of The Seven Keys, Rebellion In Dreamland albo Seven Angels Avantasii, kapela daje sobie czas, by rozdzielić role (nawet Kai Hansen wreszcie dostaje szersze pole do popisu za mikrofonem), pozwolić pograć każdemu muzykowi z osobna, teatralnie poprowadzić historię, wciągnąć w nią słuchacza i ostatecznie zostawić go z poczuciem, że było zaskakująco warto.

W karierze Helloween, zespołu który w ciągu ostatnich piętnastu lat z górką poprzestawał na ogrywaniu podobnych patentów, nadając im tylko nowe tytuły i przearanżowując klocki w sprawdzonych ramach, taki międzyepokowy crossover wprowadza bardzo mile widziane zamieszanie. Owszem, jest to kolejna odsłona ich tradycyjnego modus operandi, wystarczająco jednak wyrazista w swej formule, by okazać się potrzebnym punktem obszernej dyskografii. Całość robi wprawdzie wrażenie nieco przeładowanej nie zawsze trafioną zawartością, zdarzają się też momenty lekkiego zażenowania, ale w ostatecznym rozrachunku broni się dzięki wyczuwalnemu, nowo rozbudzonemu entuzjazmowi i energii, a przede wszystkim, by za dużo nie filozofować, zawiera kilka naprawdę fajnych, klasycznych, power metalowych hitów. Nie wiem na ile jest szansa, że obecny skład zespołu się utrzyma, ani czy w ogóle miałoby to sens. Prawdopodobnie Helloween powinien pozostać jednorazowym, okolicznościowym wydarzeniem. Tak czy inaczej, Niemcy nie zmarnowali szansy, którą dał im ten reunion i wycisnęli z niego maksimum, na jakie było ich stać. Fanów kapeli nie trzeba specjalnie zachęcać do sięgnięcia po płytę – to oczywiste. Najważniejsze jednak, że o ile nie mają absurdalnych oczekiwań, nie powinni wyjść z sesji w jej towarzystwie zawiedzeni.

Werdykt: 3+/5