Recenzja: Nightfall „At Night We Prey”

Gatunek: melodic death / doom metal
Rok: 2021

Wakacje za pasem, czas więc ponownie udać się do gorącej Grecji, skąd ostatnio stara gwardia wypuszcza na świat zajebiste płyty. Po świetnym wydawnictwie Magusa i Jima Mutilatora pod szyldem Yoth Iria postanowiłem wziąć na tapetę najnowsze dzieło weteranów z Nightfall. Dla nieznających tematu, ekipa ta zaczęła karierę około 30 lat temu od grania podziemnego doom deathu, okraszonego dla unikatowego smaku garścią lokalnych wpływów i diabelską aurą blackowego mistycyzmu. Ich pierwsze krążki: Parade Into Centuries, Macabre Sunsets i Athenian Echoes posiadają dziś status kultowych, choć według obecnych standardów brzmią obskurnie i niezbyt akceptowalnie. Podobnie jak wiele europejskich składów pierwszej połowy lat 90., panowie nawiązali w pewnym momencie romans z bardziej przystępnym, gotyckim graniem, nie udało im się jednak zabłysnąć i pozycje takie jak Diva Futura, czy I Am Jesus, nawet jeśli miały swoje momenty, zniknęły w cieniu, co tu dużo mówić, lepszych albumów, autorstwa popularniejszych składów, pokroju Rotting Christ, Paradise Lost czy Moonspell. Tak jak każdy z przed chwilą wymienionych zespołów, również Nightfall powrócił ostatecznie na łono brutalniejszych brzmień i już od okolic Lyssy z 2003 roku częstuje słuchaczy stylistyczną wypadkową wcześniejszych doświadczeń, a więc graniem wciąż relatywnie piosenkowym i wypolerowanym, ale znów zauważalnie ciężkim, szorstkim i zdecydowanie pozbawionym wszelkich pretensji do radiowych ramówek.

Źródło: season-of-mist.com

Podczas gdy poprzedzające At Night We Prey albumy Astron Black And The Thirty Tyrants i Cassiopeia miały w sobie epicki, podbity symfoniką monumentalizm, przywodzący na myśl dokonania Septicflesh albo, dajmy na to Ex Deo, najnowsze dzieło robi wrażenie nieco szczuplejszego i zwinniejszego. Nie tyle miażdży i onieśmiela majestaem, co szarpie pazurami, adekwatnie do jego bardziej przyziemnej niż mitologiczne rozważania tematyki zmagań z depresją. Efthimis Karadimas i powracający pod banderę po dwudziestoletniej przerwię Michalis Galiatsos, wraz z resztą składu, postawili tu w większym stopniu na melodeathową energię i galerię morderczych, staroszkolnych riffów. Na otwarcie setu, w Killing Moon, usłyszymy rozpędzoną rzeźnię, która nie zdziwiłaby na jednej ze świeższych płyt Kreatora, sparowaną z ultra chwytliwymi partiami growli o charakterystycznej dla Nightfall, teatralnej melodyce. Darkness Forever, na drugą nóżkę, przynosi zaciężną gitarową jazdę, na modłę szwedzkich tytanów z Unleashed czy Amon Amarth, przy czym w refrenie znów dostajemy klasyczny Zmierzch. Jeśli chodzi o przebojowy potencjał, są to jedne z lepszych numerów w tym roku, tym bardziej w obrębie swojej gatunkowej szufladki.

Po agresywnym rozstawieniu pionów w pierwszym kwadransie albumu, Grecy nieco zwalniają obroty, ale nie rezygnują z ciężaru. Zwrotki Witches walcują aż miło rozścielonymi na blastach wjazdami deathowych tremoli, by dopiero w drugiej połowie wrócić do pełnego pędu i znajomych harmonii. W Giants Of Anger robi się zdecydowanie doom deathowo, z riffami i wokalami, które wyraźnie hołdują czasom I Am Jesus. Numer ten wprowadza więcej przestrzeni, ozdobników i natchnionego klimatu, dzięki czemu zgrabnie przełamuje bezpośredni napór poprzedników i zapewnia oddech przed Temenos, gdzie znowu rasowe riffy i gniotący ciężar robią lwią część roboty. Charakterystyczny punkt dalszej części wydawnictwa stanowi zaś Martyrs Of The Cult Of The Dead, a to za sprawą wybitnie grekometalowego, bezwstydnie przebojowego refrenu.

Podaruję sobie omawianie każdego z pozostałych utworów z At Night We Prey, wszystko sprowadzałoby się bowiem do tego, że Nightfallowi udało się wykręcić naprawdę świetną, stuprocentowo skuteczną płytę – istną skarbnicę dobrych melodeathowo, doomowo gotyckich pomysłów i zadziwiająco sprawnie skrojonych, zróżnicowanych piosenek. Owszem, nie jest to obecnie najmodniejszy z metali, nie znajdziemy tu też nic czego byśmy nie słyszeli w przeszłości, ale nikt z nas, którzy wychowaliśmy się na ciężkim graniu lat 90-tych i dwutysięcznych nie ma prawa wyjść ze spotkania z tym krążkiem nieusatysfakcjonowany. Dzięki ponownej rekonstrukcji składu, z oryginalnym wioślarzem oraz wiadrem świeżej krwi, Efthimis Karadimas naprawdę złapał wiatr w żagle i byłoby doskonale, gdyby udało mu się utrzymać ten impet. Osobiście nigdy nie byłem szczególnie oddanym wyznawcą starszych wydawnictw Nightfall toteż nie mam najmniejszych oporów, by stwierdzić, że At Night We Prey to moja ulubiona pozycja w ich dyskografii.

Werdykt: 4,5/5