Recenzja: Gojira „Fortitude”

Gatunek: groove metal
Rok: 2021

Pamiętam jak pierwszy raz usłyszałem Gojirę, przy okazji premiery From Mars To Sirius. Co to był za krążek! Gdzieś tam jeszcze plątały się deathowe konotacje z wczesnych lat ich działalności, ale to wszechobecny bujający groove i monumentalne, wielorybio ciężkie, a jednocześnie technicznie zakręcone riffy, podane w progresywnych aranżacjach, determinowały jakość ich muzyki i windowały ją wysoko ponad głowy konkurencji. Wszyscy wiedzą, jak kariera Francuzów rozwinęła się od tamtego czasu i jak gwiazdorskiego (w skali sceny) statusu się dorobili. Oczywiście, jednych cieszy związane ze zwiększeniem wpływów, stopniowe zmiękczanie przekazu, innym jest to mniej w smak; cokolwiek by jednak nie mówić, Gojira, niezależnie od muzycznej ewolucji, przez lata pozostawała niepodrabialnym artystycznym bytem, który ustalał standardy, zamiast podążać za tłumem. Fortitude nie zmienia tego stanu rzeczy. Od warstwy dźwiękowej, przez produkcyjne bogactwo, po zamysł liryczny i ideologiczny, jest to album jedyny w swoim rodzaju, którego ekipa z Marsylii nie byłaby w stanie się wyrzec.

Jak można się było spodziewać, obserwując trajektorię kapeli, nowy krążek celuje w jeszcze większą przebojowość i masową akceptację, niż i tak już przyjazna użytkownikowi Magma. Czerpiąc z muzyki świata, serwuje słuchaczom dwie ewidentne wycieczki krajoznawcze, a mianowicie Amazonię oraz duet Fortitude i The Chant. Ta pierwsza, w komplecie z teledyskiem, promuje ekologiczno-humanitarny fundusz zainicjowany przez zespół na rzecz amazońskich lasów deszczowych i zamieszkujących je społeczności, a na muzycznym polu czaruje tubylczą melodyką, powracającą partią drumli i garściami innych folkowych wtrętów. Nigdy dotąd Gojira nie eksplorowała tak odważnie swych etnicznych inspiracji, albo raczej nie manifestowała ich w tak oczywisty sposób. Z marketingowego punktu widzenia numer ten wydaje się strzałem w dychę, a poza tym dobrze sprawdza się jako aranżacyjna ciekawostka i charakterystyczny punkt Fortitude, choć muszę powiedzieć, że przy całym przepychu, jego warstwa instrumentalna i prosta struktura kompozycji odrobinę mnie rozczarowują.

Gwoździem programu The Chant (wraz z tytułową miniaturą) jest natomiast niemożliwy do wyrzucenia z głowy, powracający niczym mantra melodyjny zaśpiew. Dzięki niemu utwór ten zyskuje wybitnie rozpoznawalny rys i staje się fenomenalnym, obowiązkowym materiałem do chóralnego odśpiewania na żywo, nawet jeśli, podobnie jak Amazonia, jako całość wypada dość jednowymiarowo. Zabawna rzecz, że oba wspomniane przed chwilą kawałki stanowią zarazem mocny, nieodzowny wręcz składnik charakteru wydawnictwa, a jednocześnie, pod względem jakości muzycznej esencji ustępują bardziej tradycyjnym propozycjom na liście.

W mój gust skuteczniej trafiają bowiem piosenki, które nie zawdzięczają swej tożsamości w tak dużym stopniu etnicznym aranżom i oferują więcej uniwersalnie dobrego metalowego mięcha do przegryzienia. Na ten przykład, rozpoczynająca album Born For One Thing to klasyczna Gojirowa jazda, nieodległa od klimatów The Way Of All Flesh i L’Enfant Sauvage. Nabiera rozpędu i sunie niepowstrzymanie naprzód, gniotąc pochodami garów i ciężkim, choć obowiązkowo podkręconym riffowaniem, to znów podrywa się do lotu w otwartych pasażach, świetnie łącząc grooviące pierdolnięcie z wszechobecnym progresywnym połyskiem. Gdy dodamy do tego opatrzony markową charyzmą refren, otrzymujemy hicior w duchu najlepszych kawałków składu. Doskonale słucha mi się też Hold On, zbudowanego na synergii prostej, maszerującej jak Armia Czerwona (choć niepozbawionej niuansów) rytmiki i potężnych, skandowanych fraz, idealnych do grupowego skakania, machania piąchami i, generalnie, robienia wszelkiej maści hałasu.

W podobnej kategorii intensywności plasuje się jeden z moich ulubieńców na liście – Into The Storm. Moc emanująca zwłaszcza z jego otwierających zwrotek wypłaszcza wszystko w polu rażenia. Wprawdzie Francuzi podnoszą poszkodowanych z kolan motywacyjnym refrenem, lecz niedługo później rzucają ich z powrotem w pył w miażdżących, choć wciąż nie pozbawionych charakterystycznej wrażliwości breakdownach. Dla odmiany pierwszy singiel z płyty – Another World – oferuje bardziej melodyjne, płynące dźwięki, opierając się na przemian na szybkich seriach gitary rytmicznej i spiralnym motywie z rejonów Mastodona. Gdy niemal rok temu pierwszy raz go usłyszałem, nie zrobił na mnie większego wrażenia, ale w towarzystwie Amazonii, wypada całkiem fajnie – dopełnia krajobraz oszczędniejszą, bezpośrednią materią. 

Rozpatrywany w całości album trzyma tradycyjnie wysoki poziom. Nawet jeśli kilka kawałków czepia się głowy nieco słabiej od wyżej wymienionych, zaś Amazonia i The Chant, przy całej swojej nieziemskiej chwytliwości, cierpią na lekki przerost formy nad treścią,  nie ma tu mowy o jakiejś zauważalnej wtopie, a ja z tygodnia na tydzień coraz częściej łapię się na powrotach do Fortitude. Bracia Duplantier i spółka pozostają w ścisłej światowej czołówce, jeśli chodzi o  nagrywanie rozrywkowej, a zarazem niebanalnej i wciąż przyjemnie ciężkiej muzy i jestem pewien, że podobnie jak miało to miejsce w przypadku Magmy, okładkę ich tegorocznego dzieła zobaczymy w niejednym grudniowym podsumowaniu. Nie pozostaje mi nic innego jak życzyć sobie i wam, abyśmy w przewidywalnej przyszłości otrzymali możliwość zobaczenia i usłyszenia tego monstrum na żywo.

Werdykt: 4/5