Recenzja: Humanity’s Last Breath „Välde”

Gatunek: deathcore
Rok: 2021

Patrząc na doniesienia medialne o ogólnej kondycji świata i cywilizacji, można stwierdzić, że Humanity’s Last Breath to adekwatna do czasów nazwa kapeli. Z drugiej strony, słuchając muzyki szwedzkich deathcore’owców, faktycznie łatwo zwizualizować sobie ostatnie tchnienie ludzkości. I nie jest to ładny widok – kończymy jak T-800 w pierwszym Terminatorze: czołgający się, miażdżeni przez prasę hydrauliczną, migający w agonii ostatnim czerwonym okiem. Tak właśnie brzmi Välde – jak przemysłowa apokalipsa przy wyciu syren i gruchoczących kości ciosach nieugiętej maszynerii.

Wrażeniowo, muzyka na krążku ma wiele wspólnego z Meshuggah w okolicach Catch Thirtythr33. Podobnie połamane rytmy, bezbożnie nisko strojone wiosła i tłusta, wspaniale grzmiąca praca basu; do tego wizjonerski, pokręcony gitarowy ambient i wszechobecna odhumanizowana aura, potęgowana przez morderczy growling wokalisty. Tak samo jak to miało miejsce w wypadku wspomnianego przed chwilą dzieła weteranów z Umeå, uwielbiam ten klimat. Niezależnie od tego, oczywiście, jak na porządnego deathcore’a przystało, album cieszy masą ultraciężkiego, chamskiego, acz technicznego pierdolnięcia, segmentami potężnego groove’a i relatywnie piosenkową konstrukcją, przybijając tym samym piątki z ekipami z gatunku Fit For The Autopsy czy Thy Art Is Murder.

Pod względem atmosfery Välde deklasuje prawdopodobnie wszystko, co słyszałem w tym roku, a to głównie dzięki niesamowitej grze gitarzystów, Calle Thomera i Bustera Odeholma, nawiasem mówiąc, równolegle tworzących trzon składu Vildhjarty. Panowie nie ograniczają się do standardowej palety gatunkowych riffów; wykorzystują wiosła na wszelkie możliwe sposoby, by na betonowych, djentowych fundamentach piętrzyć niepokojąco malownicze, opresyjne struktury i generować wszelkiego rodzaju plamy, zgrzyty i glicze. Świetnym przykładem takiego grania jest singlowy Earthless, opatrzony wykwitającym raz po raz, rwanym, alarmowym motywem, jakby scenerię patrolował niezmordowany dron Skynetu. Podobnie na wyobraźnię działa instrumentalny Väldet, podczas którego należałoby zadzwonić po komandora Sheparda, by stanął naprzeciw przedzierającym się przez galaktyczne linie obrony, siejącym spustoszenie Żniwiarzom.

Całość niesiona jest brutalnym, współgrającym z poharatanym krajobrazem naporem sekcji rytmicznej, a uzupełniają ją elektroniczne tła, wystarczająco słyszalne, by scalić materię dźwięku i przydać jej nieco filmowego charakteru, nie na tyle jednak wyraźnie, by zmiękczyć surowy, brutalny charakter utworów. Warstwa wokalna co do zasady sprowadza się do miażdżącego, deathowego growlingu Filipa Danielssona, który łączy bezduszność Jensa Kidmana z grindcore’owym wkurwieniem Travisa Ryana i nawet jeśli w kilku miejscach natrafimy na oazy czystego śpiewu, to będą one zaledwie chwilowym urozmaiceniem muzycznej tekstury, a nie źródłem przyjemnej przebojowości. Słuchając Välde ma się wrażenie, że jest już po nas, wszystko pozamiatane i czeka nas nieuchronna, zimna, wykalkulowana zagłada, a spójność i wyrazistość tej wizji stanowi ogromny plus wydawnictwa.

Choć opisany przed chwilą nastrój towarzyszy nam od pierwszej do ostatniej minuty albumu, kilka kawałków koncentruje się na jego budowaniu w większym stopniu niż inne. Pomiędzy tymi pierwszymi przelewa się monolityczna masa bezlitosnego łojenia i tego właśnie obszaru, przy całym ogólnym uznaniu dla Välde, dotyczy moje zastrzeżenie. Po licznych sesjach z Humanity’s Last Breath, w pamięci pozostają mi wprawdzie poszczególne aranże, lecz niewiele utworów w całości wyróżnia się z gromadki. Wysokimi punktami są wspomniane wyżej Earthless i Väldet, a także operujący zmiennymi tempami Dehumanize, korzystający z przywileju pierwszego wrażenia Glutton oraz klimatycznie zamykający stawkę, mozolny Vittring. Niestety, reszta płyty zlewa mi się w jedną, zajebiście brzmiącą, lecz nieco zbyt homogeniczną zupę.

Nie zmienia to faktu, że kiedy Szwedzi rozkręcają deathcore’ową burdę, dostajemy od nich perfekcyjne paliwo dla zabójczych ścian śmierci w koncertowym młynie, lub przynajmniej (co chwilowo bardziej realne) dla zapamiętałego machania łbem w domowym zaciszu, zaś wyjątkowa atmosfera ich muzyki oraz wizjonerskie aranżacje pozwalają im wybić się wysoko ponad pułap zwykłej skuteczności. Jestem najwyżej okazjonalnym miłośnikiem gatunku, z dosłownie kilkoma ulubionymi składami, a mimo tego, i mimo powyższych obiekcji do warstwy kompozytorskiej, wracam do Välde regularnie, by dać się wdeptać w glebę i przypomnieć sobie, jaki los niechybnie czeka mnie i resztę świata. Całościowo jest to po prostu zajebiście mocny materiał.

Werdykt: 3,5/5