Recenzja: Iotunn „Access All Worlds”

Gatunek: progressive metal / melodic death
Rok: 2021

Testowanie granic metalu jest zawsze w cenie, bo trzyma go przy życiu i nie pozwala mu dać się zakopać pod zwałami kurzu. Dobrze jednak, że obok eksperymentatorów, wciąż pojawiają się nowi twórcy, poszukujący oryginalnych rozwiązań w znajomych, sprawdzonych ramach, kultywujący gatunkową tradycję. Tacy właśnie jak Iotunn. Duńczycy na swojej debiutanckiej pełnej płycie wrzucili na ruszt nośny progresywny death, nasuwający skojarzenia z Edge Of Sanity około Purgatory Afterglow, szczyptę muskularnego melodeathu a la stare Amon Amarth oraz szybujące, power metalowe wręcz wycieczki wokalne i upichcili z tych składników dzieło, które z jednej strony brzmi jakby kręciło się w odtwarzaczach już od dwóch dekad, z drugiej zaś ma w sobie wystarczający zasób świeżych rozwiązań, by ładnie wpisać się w aktualne, poszukujące oblicze sceny.

Źródło: facebook.com/iotunn/

Charakterystycznym punktem muzyki Duńczyków jest wokal. Za mikrofonem stoi tu bowiem Jón Aldará, którego imponującą umiejętność łączenia otwartego, niemal operowego śpiewu o ciekawej barwie z soczystym growlingiem i chropawym krzykiem podziwiać mogliśmy już na płytach Hamferð oraz dwóch ostatnich wydawnictwach Barren Earth. Oczyma wyobraźni widzę kręcenie nosem ze strony metalowych ekstremistów, nie da się jednak ukryć, że gość ma fenomenalne możliwości i wykorzystuje je bezbłędnie, by na Access All Worlds namalować barwny i wciągający kosmiczny obraz, a przy okazji wykręcić kilka zapadających w pamięć melodii. Jak przystało na album ambitny pod względem kompozytorskim, również instrumentaliści dbają o to, by nie było nudno i banalnie. Balansując nieustannie na granicy melodeathowego groove’a i prog metalowego blasku, wioślarze Jesper i Jens Nicolai Gräs produkują na przemian muskularne riffy, szybujące harmonie i klasyczne sola, zapewniając wystarczającą ilość zwrotów akcji i różnorodnych zagrywek, by utrzymać uwagę odbiorcy nawet podczas najbardziej sążnistych utworów. Odpowiednio do pracy wioseł, dynamicznym zmianom ulega praca sekcji rytmicznej, płynnie manewrującej pomiędzy zaciężną deathową jazdą, a bardziej subtelnymi pasażami. Gary i bas nadają piosenkom nieustanną motorykę i obowiązkowy ciężar, zarówno w ich intensywnych segmentach, jak w trakcie wszelkich budujących atmosferę przerzedzeń i odjazdów.

To co mnie osobiście bardzo cieszy w Access All Worlds to fakt, że mimo iż jest to wielowątkowy i dość rozbudowany album, chłopaki nie przeginają z zaspokajaniem swych progresywnych ambicji. Owszem, w części utworów – można powiedzieć: w daniach głównych – puszczają wodze wyobraźni, pozwalając sobie (i chwała im za to!) na nieskrępowane prowadzenie narracji i triumfalną eksplorację rozległych muzycznych przestrzeni. Pomiędzy nimi sprytnie rozmieszczają jednak zwarte, bardziej, choć nieprzesadnie, bezpośrednie piosenki. Udaje im się dzięki temu utrzymać satysfakcjonujący balans pomiędzy natychmiastową skutecznością, a immersją i zaangażowaniem słuchacza. Naprawdę dobrze jest, po zakończeniu epickiej, malowniczej podróży w numerze tytułowym, wściekle pomachać łbem do skondensowanego, koszącego naporu Laihem’s Golden Pits, ładując akumulatory przed kolejną międzygwiezdną wojażą Waves Below, albo odpocząć przy bujającym, nieco spokojniejszym The Weaver System, w oczekiwaniu na start ostatniej eskapady – Safe Across The Endless Night, a wszystko to w towarzystwie wpadających w ucho refrenów i mnóstwa innych haczyków. Zaplanowana w ten sposób struktura płyty stanowi jej ogromny atut. Sprawia, że wracam do niej, nie tylko wtedy, gdy mam czas i ochotę poświęcić jej niespełna godzinę niepodzielnej uwagi, ale też w potrzebie mniej zobowiązującego zastrzyku metalowej energii.

Access All Worlds to barwne i dobrze napisane granie. Dla fanów tradycyjnej ciężkiej muzy z okolic deathu i proga, którzy nie marszczą się, gdy w ich zupie pływa kilka składników spoza tradycyjnego menu, jest to na pewno propozycja warta przetestowania. Duńczycy zaserwowali kawałki cieszące ucho kompozycyjno-narracyjną głębią i tonami klimatu z okolic Interstellar czy Odysei Kosmicznej, a jednocześnie bezpośrednie, siarczyście kopiące dupska i nie popadające w kicz i cukierki. Jako, że wychowałem się na metalu z przełomu wieków, kiedy triumfy święciły kapele pokroju Dark Tranquillity, Hypocrisy, Amon Amarth czy Strapping Young Lad, a płyty nie musiały jeszcze być skrajnie nieprzystępne, by zyskać uznanie opiniotwórczej prasy, łykam dzieło Iotunn bez popity i proszę o więcej.

Werdykt: 4/5