Recenzja: Yoth Iria „As The Flame Withers”

Gatunek: melodic black metal
Rok: 2021

Grecka scena ekstremalna od dawna bliska jest mojemu sercu. To śródziemnomorskie, bachiczne podejście do chwalenia diabła, podlane winem, spowite w dym z kadzideł i światło świec, działa na mnie magnetycznie. Choć nie łykam bezkrytycznie wszystkiego, co napływa z okolic Peloponezu, mam masę szacunku i sympatii dla tamtejszych ekip, z Rotting Christ, Septicflesh i Nightfall na czele, nawet jeśli ci pierwsi ostatnimi czasy w kółko nagrywają ten sam album. Świeży helleński black budzi moje zainteresowanie często skuteczniej niż jakikolwiek inny, toteż gdy trafiłem na informację o Yoth Iria, kapeli założonej przez dwóch jego prawdziwych weteranów – George’a „Magusa” Zacharopoulosa i Dimitrisa Patsourisa, (obaj tworzyli składy największych greckich bandów, choćby Varathron, Necromantii, Thou Art Lord i Gnijącego Jezuska) i uzupełnionej gościnnymi wykonawcami, o również całkiem niezłym portfolio (Lucifer’s Child czy Dødsferd), momentalnie i niemalże w ciemno, sprawiłem sobie kopię ich tegorocznego wydawnictwa.

Muszę powiedzieć, że przeczucie mnie nie zawiodło – Magus i Patsouris zaserwowali nam przy okazji As The Flame Withers porcję naprawdę mocnego grania. Panowie przez ostatnie 30 lat z górką wznosili filary krajowej sceny, tworzyli jej podstawy, nie dziwi więc fakt, że ich pierwsze wspólne dzieło pięknie wpasowuje się w jej krajobraz. Album z jednej strony emanuje charakterystyczną dla blacku wrogością i surowością, a jego główne mięcho stanowią pochody rytmicznych riffów z Sakisowskiej szkoły rocka, posadowione na gęstej, acz dynamicznej perkusyjnej podbudowie i opatrzone skrzeczącymi wokalami à la Abbath albo Grutle Kjellson. Z drugiej, kładzie duży nacisk na melodię, przestrzeń i monumentalny, religijny wręcz klimat – czaruje ornamentowanymi partiami wiodącymi gitary, obficie serwowanymi zwolnieniami, przerzedzeniami i mrocznymi klawiszowymi plamami o gotyckiej proweniencji, nie popadając jednocześnie aż tak w hollywoodzkie zadęcie, jak ostatnie wydawnictwa Rotting Christ, czy SepticFlesh. Wszystkie te składowe, również greckim wzorem, poukładane zostały we wpadające w ucho kompozycje, które wsysają nas w swój świat i nieubłaganie wżerają się w świadomość.

Źródło: yothiria.com

Yoth Iria mają rękę do pisania zróżnicowanych kawałków i skutecznie unikają monotonii, nawet jeśli kolejne utwory łączy łatwo dostrzegalne spoiwo wspólnej estetyki i powracających motywów. Choć As The Flame Withers trzyma bardzo równy poziom, kilka punktów na liście zasługuje na szczególne brawa: gęsty, meloblackowy napór The Great Hunter, z eksplodującymi zwrotkami i hymnicznym refrenem, uzbrojony w ogniste riffy, w stylu Theogonii Rottingów, posiada wystarczający ładunek mocy by rozpętać koncertową zadymę i jako taki stanowi wymarzone wprost otwarcie krążka. Majestatyczne, napędzane miarową pracą wioseł kondukty Hermetic Code i Unborn Undead Eternal, malujące przy pomocy magicznych plam elektroniki tudzież strunowej akustyki fascynujące, mroczne krajobrazy, teleportują nas w sam środek rytuałów ku czci starożytnych bożków, tym samym zdobywając, ex aequo, puchar w kategorii numerów klimatycznych. Najbardziej bezpośredni na krążku, singlowy The Red Crown Turns Black, po wejściu na wysokie obroty przywodzi na myśl coś ze współczesnego repertuaru Enslaved. Chwyta okutą w żelazo łapą uwagę tych, co ziewają na zwolnieniach i skutecznie przypomina, że mamy do czynienia z artystami, którzy zjedli zęby na ekstremalnej muzie. Wreszcie The Mantis, po pomnikowym wstępie w duchu misteriów SepticFlesh, robi wybornie efektowny zwrot i wyprowadza bodaj najskuteczniejszy na płycie, idealny do machania łbem groove, wiodący do zwyczajowo już epickiego refrenu.

Wspomniane wyżej piosenki to ponad połowa materiału, a jego pozostała zawartość, nawet jeśli nie załapała się do mojej subiektywnej czołówki, nie zostaje daleko w tyle. Każdy z kawałków, bez wyjątku, może pochwalić się zapadającymi w pamięć patentami, ze szczególnym wskazaniem ozdobnych gitarowych zagrywek, potężnych refrenów i wszelkich budujących atmosferę aranży. O znużeniu nie może być więc mowy, a po wybrzmieniu ostatnich nut The Luciferian kusi ponowne wciśnięcie play, tym bardziej, że cała wycieczka trwa zaledwie trzy kwadranse. Wciąż jest to przy tym muzyka przekonująco surowa i niepokojąca, nie pozwalająca zakwalifikować się do łatwego metalowego mainstreamu.

As The Flame Withers, oczywiście, nie wyląduje w od dawna zdefiniowanym i wypchanym po brzegi gatunkowym kanonie lektur obowiązkowych. Mam wrażenie, że z założenia miała to być raczej rekonfiguracja patentów, które znamy i kochamy, krążących w obrębie sceny od jakichś trzech dekad, niż próba wyjścia do publiczności z czymś przełomowym. Nie zmienia to faktu, że Grecy, dzięki swemu ogromnemu doświadczeniu, lekką ręką wykręcili zestaw bardzo dobrych, ociekających okultystyczną magią utworów, posiadających, mimo sprawdzonej palety środków, swój własny, charakterystyczny rys. Dla mnie osobiście, jest to jeden z mocniejszych krążków pierwszego kwartału 2021 roku.

Werdykt: 4,5/5