Recenzja: Moonspell „Hermitage”

Gatunek: gothic metal
Rok: 2021

Pośród kultowych zespołów, które kształtowały krajobraz europejskiego metalu w latach 90. Moonspell jest jednym z tych większych i bardziej niezawodnych. Jasne, zaliczyli lepsze i gorsze momenty, ale trudno mówić w ich przypadku o jakimś dłuższym okresie posuchy, jaka zdarzyła się kilku innym składom. W związku z ich stabilną formą, której doskonałymi dowodami są choćby Extinct (jedna z moich ulubionych pozycji w ich katalogu w ogóle) oraz nieco trudniej przyswajalny, acz ambitny 1755, nigdy nie przestałem śledzić ich poczynań. Czas jednak leci, Fernando i spółka nie młodnieją, toteż oczekiwanie na każdą ich następną płytę naznaczone jest cieniem niepokoju o to, czy uda im się pociągnąć dobrą passę. Zwiastujące Hermitage single wywołały u mnie mieszane uczucia. Common Prayers wszedł momentalnie, jako jeden z murowanych hiciorów; skradający się, nieoczywisty The Greater Good rósł w siłę w miarę kolejnych przesłuchań, ale już snujący się All Or Nothing, przy pierwszym kontakcie, nie zrobił na mnie wrażenia. Jakakolwiek miałaby być jednak cała płyta, wszystko wskazywało na zauważalną korektę kursu i wycieczkę w spokojniejsze rejony ciężkiego grania.

Źródło: wikipedia.org

Trzeba przyznać, że wypuszczone wyprzedzająco w eter single dobrze oddają charakter premierowego materiału. Portugalczycy eksperymentują tu z przestrzenią i refleksyjnym nastrojem, nie wpadając jednak zanadto w balladowy ton, w jakim utrzymana była choćby Omega White. Eksplorują przy okazji progresywne, a nawet post-rockowe ścieżki. Z rasowych killerów mamy tu właściwie tylko Hermitage, Common Prayers i Hermit Saints, przy czym dodać należy, że wszystkie trzy robią naprawdę dobrą robotę. Pierwszy z nich zaskakuje wachlarzem drapieżnych, współcześnie poszarpanych riffów, drugi buja na staroszkolną, gotycką modłę, a trzeci z siłą kafara wbija w łeb fantastyczny refren. Nie jest tak, że w pozostałych numerach zespół wyłącza prąd. Apopthegmata i Without Rule dawkują napięcie, strategicznie rozmieszczając ciężkie riffy i plamy hałasu pomiędzy spokojniejszymi sekcjami, ich charakter jest jednak zdecydowanie mniej bezpośredni niż wyżej wymienionej trójki. Paletę dopełniają zaś wyciszone All Or Nothing i Entitlement, w towarzystwie dwóch kompozycji instrumentalnych – Solitarian oraz City Quitter.

To własnie w tych spokojnych utworach znaleźć można prawdziwe perełki Hermitage – wysmakowane, serwowane z wyczuciem gitarowo – klawiszowe aranżacje, pięknie wyeksponowane przez łagodniejszy charakter materiału. W Solitarian usłyszymy delikatne partie sześciu strun, które nie zdziwiłyby na płycie Dire Straits, a także wsparte kosmicznymi klawiszami pasaże, przywodzące na myśl dokonania Anathemy z czasów Eternity i Judgement. Entitlement oferuje natomiast malownicze, odjeżdżające w odległych przesterach post-rockowe liźnięcia, w stylu ostatnich krążków Sólstafir. Motywy te niosą się echem po rozległych dźwiękowych przestrzeniach, malując w wyobraźni pejzaże, wybornie licujące ze zdobiącym okładkę albumu obrazem opuszczającego cywilizację samotnika. W akompaniamencie markowego, głębokiego śpiewu Fernando Ribeiro, potrafią naprawdę chwycić za serce. W moim odczuciu, największym atutem Hermitage, stanowiącym o jego wyjątkowości na tle reszty dyskografii Moonspell, nie jest jego warstwa metalowa ani potencjał przebojowy, lecz właśnie te wplecione w spokojną tkankę, misternie utkane wątki w wykonaniu Pedro Paixao, Ricardo Amorima i Airesa Pereiry.

Jest to ciekawa pozycja w dorobku zespołu. Trudno mówić w jej kontekście o spektakularnym sukcesie, ponieważ, po pierwsze, jak powiedziałem, nie ma tu wielu ewidentnych hitów, a po drugie, nie wszystkie piosenki w stu procentach się bronią. Dla tych jednak, którzy uważnie wsłuchają się w zawarte na niej kompozycje i wyłowią wszystkie zaszyte w nich smaczki i ornamenty, może okazać się większym zwycięstwem, niż naładowane metalowymi przebojami Extinct czy Alpha Noir. Stanowi jednocześnie świadectwo tego, że Portugalczycy nie są specjalnie zainteresowani ratowaniem się od zapomnienia poprzez kapitalizowanie w kółko tych samych patentów, które przyniosły im rozgłos. Zamiast tego, z biegiem czasu starają się eksplorować nowe ścieżki, nawet jeśli te nie do końca pasują do ich niegdysiejszego wizerunku krwiożerczych wilkołaków, strzyg i wampirów. Cieszy mnie to podejście niezmiernie, wybaczam im więc drobne niedostatki i daję kciuk w górę.

Werdykt: 3,5/5