Recenzja: Soen „Imperial”

Gatunek: progressive rock / metal
Rok: 2021

Soen ewidentnie jest w twórczym ciągu. Od premiery Cognitive w 2012 roku Szwedzi, pod wodzą znanego niegdyś z Opeth Martina Lopeza, wydają kolejne albumy z niemal niezachwianą regularnością, kontynuując swoją artystyczną podróż od złożonych progowych struktur, ku bardziej piosenkowej sztuce. 2 lata po premierze Lotusa, dostajemy świeży materiał, który stawia wprawdzie kilka dalszych kroków na ścieżce ich stylistycznej ewolucji, zasadniczo jednak bardzo bezpiecznie trzyma się znajomych, wypracowanych ram.

Poprzedni album kapeli był dla mnie strzałem w dychę, jeśli chodzi o balans piosenkowej przyswajalności, metalowego zęba i progresywnych zapędów. Dzięki uproszczeniu form względem starszych wydawnictw, Soenowi udało się wówczas stworzyć zestaw zapamiętywalnych, pełnych energii, a jednocześnie wciąż przyjemnie wielowarstwowych numerów, który ostatecznie wylądował wśród moich ulubionych wydawnictw 2019 roku. Na Imperial panowie idą za ciosem. Utrzymując sprawdzoną miksturę ognia i łagodności, jeszcze śmielej okrajają kompozycje z wątków pobocznych i podkręcają przebojowość, co sprawia, że łatka progresji powoli przestaje być w odniesieniu do ich muzyki adekwatna.

Źródło: soenmusic.com

W zakresie palety środków, Imperial oferuje więcej tego, co dał nam Lotus, a przedtem Lykaia. Słychać to wyraźnie już od pierwszych sekund Lumerian, który wjeżdża na scenę na typowej dla Soen, połamanej, gitarowo – perkusyjnej zagrywce, niemalże identycznej z tymi otwierającymi swego czasu Sectarian czy Opponent. Pomijając pewną wtórność, nie da się ukryć, że tradycyjnie już, wyniesiona pierwotnie z Toolowej szkoły robota riffiarska stoi tu na najwyższym poziomie, a markowe, zadziorne motywy, splecione z motoryczną grą Martina Lopeza na bębnach, zapewniają efektowny pazur szeregowi pozycji w zestawie, z Deceiver, Monarch i Antagonist na czele. Z drugiej strony, pomiędzy zaakcentowanymi segmentami hard rockowego czadu, rozlewają się łagodne łachy gitarowych plam i pięknych, klasycznych solówek, w stylu tych zdobiących Illusion i Fortune. Nie zdziwiłybym się usłyszawszy je na jednym z krążków Davida Gilmoura. Inny charakterystyczny składnik muzyki zespołu stanowi oczywiście wokal Joela Ekelöfa – jak zawsze natchniony, emanujący mocą i charyzmą, wijący się w nieodmiennie bezbłędnych melodiach. Mam wrażenie, że z albumu na album, umiejętności łysego frontmana rozwijają się i nawet jeśli pomiędzy Lotusem, a Imperial nie obserwuję wyraźnego przeskoku jakościowego, jego partie są coraz bardziej doszlifowane i precyzyjne.

Jak już wspomniałem, różnice pomiędzy najnowszym dziełem, a resztą katalogu Szwedów mają charakter głównie kompozycyjny. Utwory, choć co do zasady brzmią podobnie do tych z Lotusa, otrzymały prostsze, zwięźlejsze struktury, a ich głównymi narzędziami na drodze do sukcesu są dobre riffy i melodie wokalne. Z jednej strony podejście to pozbawia materiał właściwej prog-rockowi głębi, z drugiej jednak, jest w pewien sposób odświeżające – stanowi odmianę od dość wydumanych i ciężkich od progresmeńskiego zadęcia, dawniejszych dokonań kapeli.

W większości sytuacji wszystko działa naprawdę dobrze. Otwierająca zestaw trójka LumerianDeceiverMonarch to efektywne kombo, z którego na aplauz zasługuje zwłaszcza środkowy strzał. Dzięki wybitnie imprezowo-rockowej motoryce i lekkości, numer ten jest zaraźliwy niczym brytyjska mutacja COVIDu i w tym zakresie nie ma sobie równych na przestrzeni całej dyskografii Soen. Jeśli miałbym wskazać najmocniejszy punkt Imperial, to jest to właśnie Deceiver. O ile następująca później ballada Illusion, prostolinijna bliźniaczka Lotus, raczej rozczarowuje, to już kolejne na liście Antagonist i Dissident, z ich zębatym riffowaniem i puentą w postaci charyzmatycznych refrenów, a także całkiem fajny, przyprawiony smyczkami Modesty, znowu trafiają zadowalająco blisko środka tarczy, mimo, że nie wnoszą wiele nowego do tematu.

No właśnie, niewiele nowego. To ostatnie stwierdzenie może stanowić mój generalny zarzut do całości Imperial. Dwa lata pomiędzy wydawnictwami to trochę za krótko, bym zdążył stęsknić się za Soenem, zwłaszcza, że Lotus długo po premierze nie opuszczał mojego odtwarzacza i do dzisiaj bardzo wyraźnie wybrzmiewa w mojej pamięci. Najnowszy krążek, właśnie przez to, że nie wzbogaca szczególnie formuły zespołu, a wręcz zdarza mu się kropka w kropkę powielać ograne rozwiązania, czy to z sukcesem, czy nie, odbieram jako dokładkę; miłą, ale zbyt mało oryginalną, bym naprawdę jej potrzebował. Zdaję sobie jednak sprawę, że jest to odczucie bardzo subiektywne. W oderwaniu bowiem od kontekstu, Imperial oferuje masę wypolerowanej, wpadającej w ucho muzyki i największą koncentrację bezpośredniej rockowej energii w skali albumu, ze wszystkich płyt w dorobku Szwedów. Fani Soen, którzy nie są wybitnie przywiązani do progresywnego aspektu ich muzyki, z pewnością łykną Imperial bez popity i poproszą o więcej.