Recenzja: Asphyx „Necroceros”

Gatunek: death metal
Rok: 2021

Weterani europejskiego death metalu, po pięciu latach przerwy, powracają na deski z nową płytą. Z jedynym (prawie) oryginalnym członkiem w składzie, w osobie Martina Van Drunena, Asphyx rzuca słuchaczom na pożarcie kolejną porcję łojenia, utrzymaną w niemal tej samej estetyce, jaką, z krążka na krążek, serwują od czasu Death… The Brutal Way, kiedy to rzeczony kultowy frontman powrócił w ich szeregi. Tradycyjnie więc, mamy do czynienia z muzycznym czołgiem, który rozjeżdża na miazgę wszystko, co stanie na jego drodze, żłobiąc zaciągniętymi z dooma riffami krwawe koleiny. Dla różnorodności, chłopaki raz po raz rozkręcają bezlitosną sieczkę na bagnety – przyspieszają, serwując zainteresowanym rasowe, niemal death-thrashowe młyńce. Całe to mordowanie i destrukcja odbywa się zaś pod dyktando zajebistego, momentalnie rozpoznawalnego growlingu Van Drunena, który, od kiedy pierwszy raz się z nim zetknąłem, nieodmiennie przyprawia mnie o ból gardła.

Źródło: asphyx.nl

Necroceros jest trochę bardziej zróżnicowanym i przebojowym albumem, niż poprzednie wydawnictwa Holendrów, lecz, na szczęście, nie traci przy tym zanadto na impecie. Kawałki takie, jak Mount Skull, The Sole Curse Is Death, The Nameless Elite i Botox Explosion, to niezwykle skuteczne strzały, które łączą tłustego groove’a ze staroszkolnym, napędzającym moshpity ogniem i dobitnie pokazują o co w muzyce Asphyx chodzi. Dla odmiany, Molten Black Earth i Knights Templar Stand, podobnie jak nieco wolniejszy i oferujący więcej melodii walc In Blazing Oceans, w całości oparte zostały o smakowitą sunącą rytmikę, i jako takie stanowią najprzyjaźniejsze użytkownikowi punkty na liście. Jednymi z ciekawszych manewrów są tu Yield Or Die, który, ze swoim chwytliwym riffowaniem i synkopowanym biciem, zbliża się wręcz do Amon Amarthowej szkoły wikingowskiego, imprezowego melodeathu, oraz majestatyczny Three Years Of Famine, przełamany w połowie w klimatycznym przerzedzeniem, z żałobnymi, solowymi wjazdami gitar i progresją akordów z rejonów Metallikowej epiki circa Master Of Puppets.

Truporożca słucha się wyśmienicie. Asphyx nie stara się odkrywać niezbadanych terytoriów i nie bawi się specjalnie w trendy, ale to co robi, robi perfekcyjnie, zachowując przy tym, mimo lat na karku, autentyczny feeling i old schoolowy, rozrywkowy (do pewnego stopnia, oczywiście) vibe. Panowie nie pozwalają sobie na kiepską robotę instrumentalną czy kompozycyjne mielizny, a do tradycyjnej formuły wplatają wystarczającą ilość stylistycznych urozmaiceń, by nie dało się narzekać na nudę i jednostajność. Do tego, kiedy dorzucają do pieca, głowy lecą na bruk. Obraz całości dopełnia potężne, nowoczesne brzmienie, które choć wrzyna się w mięcho niczym dobrze naostrzony topór, cieszy szacunkiem dla dynamiki, inaczej niż miało to miejsce choćby w przypadku przegłośnionych do bólu Death… The Brutal Way i Deathhammer.

Muszę powiedzieć, że ze współczesnych krążków Asphyx, Necroceros jest pierwszym, który kupuję w całości, bez zastrzeżeń. Jeśli ktoś jest choćby marginalnie zainteresowany takim graniem, powinien zrobić sobie tę przysługę i wrzucić go do odtwarzacza. Polecam też sięgnąć po wersję limitowaną, bo zawarty na dodatkowym dysku przekrojowy, jubileuszowy live z esseńskiego klubu Turock pięknie oddaje klimat dusznej, undergroundowej imprezy, bijącą ze sceny, zaraźliwą rock ‚n’ rollową energię i zbudowaną przez lata scenicznych doświadczeń charyzmę kapeli.

Werdykt: 4/5