Recenzja: Dread Sovereign „Alchemical Warfare”

Gatunek: doom / heavy metal
Rok: 2021

Płytowy rok 2021 uważam za otwarty. Całkiem wcześnie, bo już 15 stycznia, ukazała się pierwsza z wypatrywanych przeze mnie premier, to jest, oczywiście, właśnie Alchemical Warfare. Mimo tego, że poprzednie krążki Dread Sovereign nie zwaliły mnie w swoim czasie z nóg (zwłaszcza For Doom The Bell Tolls był rozczarowująco marny), na nadejście kuriera z przedpremierowo zamówionym ich najświeższym plackiem czekałem z niecierpliwością. Po pierwsze bowiem, bądź co bądź jest to wydawnictwo Alana Averilla, a na te poluję od czasu, kiedy usłyszałem The Gathering Wilderness i To The Nameless Dead, a po drugie, cokolwiek by nie mówić o całościowej jakości wcześniejszych albumów składu, każdy z nich miał na swoja obronę co najmniej kilka mocnych momentów, że wspomnę choćby o świetnych Thirteen Clergy i The World Is Doomed. Trzymałem więc kciuki za to, żeby chłopakom, z całym ich potencjałem, udało się wreszcie wskoczyć na właściwe tory i wydać na świat stuprocentowo skutecznego zabójcę.

Źródło: Bandcamp

Zapoznawszy się porządnie z Alchemical Warfare mogę bez cienia wątpliwości powiedzieć, że jest to najlepsza płyta w dyskografii tercetu. Materiał, w swym sercu, pozostaje tym samym piwnicznym, hołdującym starym dobrym czasom doomem co dawniej, choć, kontynuując kierunek For Doom The Bell Tolls, mocno chyli czoła również tradycyjnemu heavy metalowi, a nawet wczesnemu blackowi. Równie istotne są tu grobowe Sabbathowskie pochody i waleczne kawalkady spod znaku Cirith Ungol, co niemal punkowa, surowa zadziorność Venom, a wszystko to, jak zwykle, wyłania się raz po raz z gęstego spoiwa opiumowych wyziewów. Dread Sovereign wciąż ulegają pokusie i pielęgnują miłość do sążnistych ambientowo-dronowych improwizacji, tych samych, które stanowiły kulę u nogi ich poprzednich płyt, tym razem jednak nagradzają wytrzymałość słuchaczy skoncentrowanymi i nieporównanie bardziej zapamiętywalnymi segmentami, stanowiącymi prawdziwe mięcho kompozycji.

Okazuje się, że podwójne intro do albumu w postaci A Curse of Men i pierwszych, walcujących monumentalnymi zagrywkami minut She Wolves Of The Savage Season, zanim zdąży zmęczyć, wybucha w zajebisty, rozszalały numer, z fantastycznymi riffami, wściekłym naporem garów i absolutnie kozackimi partiami wokali, bezkonkurencyjny w zestawieniu z wcześniejszymi dokonaniami Dread Sovereign. Faktem jest, że na długo przed końcem, kompozycja znów osuwa się w odmęty instrumentalnej zupy, bez której moglibyśmy żyć, ale z bilansu strat i zysków wychodzi obronną ręką, a wszelkie niedogodności chwilę później rekompensuje wchodzący na deski marszowym krokiem The Great Beast We Serve, dla odmiany okrojony ze zwyczajowych odjazdów do zwięzłych niespełna pięciu minut. Utwór ten bardzo kojarzy mi się z Primordial z okolic To The Nameless Dead i Redemption At The Puritan’s Hand, zwłaszcza w warstwie wokalnej, gdzie Nemtheanga krzesze jedne ze swoich najlepszych linii.

Przy okazji Nature Is The Devil’s Church i Devil’s Bane Dread Sovereign podkręcają tempo i wysyłają nas w przeszłość do czasów nowej fali brytyjskiego heavy metalu, nie tracąc przy tym (na dobre i na złe) swojego charakterystycznego sznytu. Pierwszy z wyżej wymienionych konstrukcją mocno przypomina She Wolves Of The Seventh Season – podobnie daje sobie czas na pławienie się w doomowej atmosferze we wstępie i zakończeniu, a w środkowej sekcji serwuje bezlitośnie efektywną galopującą jazdę, której nie powstydziliby się Maideni circa Powerslave. Devil’s Bane natomiast wjeżdża na rockującym riffie, z gatunku tych, które gra się na Powitanie W Piekle i przez pierwsze parę minut nie odpuszcza w smakowitym thrashowym naporze. Dopiero pod koniec, przy okazji zawodzącej, czołgającej się solówki, Averill i spółka przypominają słuchaczom o gatunkowej proweniencji albumu. Jednym z moich ulubionych momentów na Alchemical Warfare jest natomiast niezachwianie doomowy Her Master’s Voice, oparty w dużej mierze na dialogu pomiędzy wokalem i kamiennym riffem, emanujący potężną, okultystyczną atmosferą, cofającą zegar do czasów debiutu Black Sabbath. Dzięki oszczędnym aranżacjom charyzmatyczny śpiew Nemtheangi zostaje tu wybornie wyeksponowany, a dodatkowy smaczek stanowi stylowy tekst w klimatach diabelskich paktów i polowań na wiedźmy. Klasyka gatunku w najlepszym wydaniu.

Ogólnie rzecz biorąc, Alchemical Warfare to kawał niesamowicie dobrze zrobionego ciężkiego grania. Praca gitary i basu, zwłaszcza w She Wolves Of The Savage Season, The Great Beast We Serve, Nature Is The Devil’s Church i Devil’s Bane wprost ocieka klasycznie doomowo-heavy metalową zajebistością, a Nemtheanga jest w najlepszej wokalnej formie od lat, zarówno w zakresie mocy i ekspresji, jak linii melodycznych. Tak jak wspomniałem na początku, kolejne numery zdają się wyłaniać z gęstego, psychodelicznego jamowania, co z jednej strony może powodować nieco zniecierpliwienia pomiędzy głównymi daniami, z drugiej jednak nadaje materiałowi żywy, niemalże koncertowy feeling. Osobiście polecam rozkręcić regulator, zamknąć oczy i dać się zalać tym dźwiękom, zwłaszcza, że bardzo dynamiczna produkcja albumu sprzyja takiemu odbiorowi. Gdyby sztuka Dread Sovereign stała na niższym poziomie, uznałbym pozostawienie części taśmy na edytorskim stole za absolutnie nieodzowne. Panowie nagrali jednak zestaw piosenek, które kopią tyłek aż miło, mogą więc sobie pozwolić na pokazanie środkowego palca mainstreamowym oczekiwaniom i podawania swojej muzyki dokładnie tak, jak mają na to ochotę.