Recenzja: Killer Be Killed „Reluctant Hero”

Gatunek: groove / thrash / metalcore / hard rock
Rok: 2020

Po kilkuletniej przerwie supergrupa, którą tworzą Troy Sanders (ok, na wszelki wypadek napiszę: z Mastodona), Greg Puciato (jw.: ex- Dillinger Escape Plan), Ben Koller (Converge) i Max Cavalera (kurna, z The Beatles) powróciła z nowym albumem. Muszę powiedzieć, że premiera ta była dla mnie pewnym zaskoczeniem. Projekt stanowi bowiem zderzenie tak autonomicznych muzycznych osobowości, że wydawało mi się nieprawdopodobne, by miał on szansę przerodzić się w tradycyjnie funkcjonujący zespół. Z tego jednak, co mówią sami zainteresowani wynika, że za sprawą powstałej między nimi zażyłości, Killer Be Killed wyewoluował w pełnoprawny artystyczny byt. Należy się więc spodziewać, że wydanie na świat Reluctant Hero nie jest ich ostatnim słowem.

I dobrze, bo, podobnie jak ich pierwsze wydawnictwo, jest to świetny album, zawierający kopiące dupę, ociekające niezaprzeczalną charyzmą numery z pogranicza metalu i ciężkiego rocka (jakkolwiek ze zdecydowanym akcentem na to pierwsze), które powinny przypaść do gustu fanom rozrywkowego hałasu, z okolic macierzystych kapel Maxa i Troya, czy też rzeszy innych znanych zespołów, od Trivium po współczesną Metallikę. Tak jak w przeszłości, Główne mięcho płyty tworzą muskularne kawałki, w stylu otwierającego ją kombo Deconstructing Self-Destruction i Dream Gone Bad, o motorycznych zwrotkach, gdzie często pierwsze skrzypce gra potężny krzyk Sandersa, chwytliwych, acz nieprzesadnie wygładzonych refrenach, nierzadko z udziałem Pattonowskiego śpiewu Puciato, i gorylich, gniotących breakdownach, niepodzielnie rządzonych przez charczące wrzaski Cavalery. Wszystko to jedzie na toczących się z impetem pociągu towarowego riffach i masywnej pracy perkusji. Receptura ta oczywiście podlega, z utworu na utwór, pewnym modyfikacjom, ale tak przedstawia się ogólny obraz i najbardziej reprezentatywne oblicze kapeli. Dwie wspomniane wcześniej piosenki, podobnie jak przejmujący The Great Purge i szybki, opatrzony bardzo melodyjnym refrenem Dead Limbs to najmocniejsze „klasyczne” propozycje z zestawu, świetnie wykorzystujące odmienne temperamenty (i możliwości) poszczególnych członków składu, sklejające je w jedną, krusząco-bujającą maszynę.

Killer Be Killed wiedzą jak zamieszać w swoim kotle, żeby całość materiału nie nudziła i na przestrzeni krążka serwują kilka aranżacyjnych skoków w bok. Pierwszym z nich jest Left Of Center, utwór bliski hard rockowi spod znaku tych bardziej uporządkowanych numerów Dillinger Escape Plan i Mastodona, zaopatrzony w wystarczający piosenkowy potencjał, by podbić serca przynajmniej kilku imprezowiczów spoza metalowego światka, nie tracąc przy tym zadziorności i przyjemnego ciężaru. Podobnie jak miało to miejsce choćby w przypadku Curl Of The Burl, wyobrażam go sobie, jako wyborną ścieżkę dźwiękową do zakrapianego browarami grillowania. Kolejną fajną odskocznię od standardu stanowi Filthy Vagabond – łączący rozpędzony thrash z Motörheadowym rock’n’rollem manifest, który przez swoją wybuchową, chamską energię przypomina coś z repertuaru High On Fire. Jestem przekonany, że będzie to żelazny punkt każdego koncertu Killer Be Killed, zwłaszcza, że jego refren jest wprost stworzony do wspólnego odśpiewania z tą częścią publiki, która nie będzie akurat zbierać zębów z podłogi w szalejącym młynie. Z innych ciekawostek, pod koniec stawki dostajemy Animus. Ten brutalny, ultraszybki, trwający nieco ponad 2 minuty hardcore’owy strzał nie należy może do najoryginalniejszych, ale skutecznie wykorzystuje partyzancką przewagę zaskoczenia. Chłopaki, mają tu jedną z ostatnich możliwości wywrzeszczeć z siebie nadmiarową wściekłość, niedługo później nadchodzi bowiem elegancko zamykająca zestaw, utrzymana w pożegnalnym tonie kompozycja tytułowa, która z delikatnego, balladowego wstępu powoli przechodzi w epicki finał albumu.

Reluctant Hero to kolejna, po Moment i Endless Twilight Of Codependent Love ubiegłoroczna premiera, która wprawdzie nie załapała się do mojego Top 10, ale bardzo niewiele jej do tego zabrakło. W poszukiwaniu nowych doznań, nieoczywistych artystycznych rozwiązań lub niezbadanych muzycznych lądów łatwo zapomnieć o radości, jaką może dać odpalenie na cały regulator dobrze zrobionego, rozrywkowego metalu. Killer Be Killed takie właśnie dźwięki zapewnia, a dodatkowo, mając w składzie wybitnie rozpoznawalne postaci, przy stosunkowo prostej formule pozostaje projektem bardzo charakterystycznym. Co więcej, są to cztery ambitne bestie, które prześcigają się w serwowaniu smakowitych partii, czy to instrumentalnych, czy wokalnych, wobec czego na przestrzeni 11 kawałków chodzących w skład krążka naprawdę sporo się dzieje i trudno zarzucić im monotonię. Zgodnie z zapowiedziami, panowie planują dalszą aktywność pod tym szyldem, w tym, jak tylko będzie to możliwe, kilka tras koncertowych. Jeśli przez przypadek zawitają w nasze okolice, z wielką chęcią zobaczę jak ten dream team działa na scenie.