Recenzja: Dark Tranquillity „Moment”

Gatunek: melodic death
Rok: 2020

Wbrew powyższej metryczce, kategoryzowanie muzyki Dark Tranquillity jako melodeath przestało być uzasadnione wieki temu. Od czasu, mniej więcej, Fiction jest to raczej, po prostu, melodyjny metal z growlingiem, nieodległy od tego, czym parają się obecnie inni szwedzcy weterani z tego samego podwórka, choćby Arch Enemy i Amon Amarth – żadnej formy ekstremy, ani ryzykownych artystycznych poszukiwań już tu nie uświadczymy, a sama muzyka jest atrakcyjna, łatwa i przyjemna. Mimo tego, podczas gdy od In Flames już jakiś czas temu odpadłem, głównie z powodu ich irytujących ciągot do uprawiania banalnego, koniunkturalnego, arenowego rocka, przy Dark Tranquillity trzyma mnie klasycznie heavy metalowy vibe i wyczuwalna radość grania bijąca z ich piosenek. Nawet jeśli po kolejnych wydawnictwach tego składu nie spodziewam się szczególnych rewelacji, nieodmiennie podchodzę do nich ze sporą dozą optymizmu.

Niewątpliwie, optymizm i wyrozumiałość mogą ułatwić pierwszy kontakt z Moment, Szwedzi bowiem z upodobaniem konsumują własny ogon, i jeśli ktoś miałby mieć im to mocno za złe, może sobie spokojnie ten materiał odpuścić. Spieszę jednak od razu z uzupełnieniem: płyta zawiera solidny zestaw dobrze skrojonych kawałków, którym, pomimo ogólnej wtórności, rzadko zdarza się trafić daleko od środka tarczy. Zainteresowani zapewne wiedzą, że zanim album ten ujrzał światło dzienne, w składzie zespołu nastąpiła istotna zmiana – rozstali się z nim dwaj wioślarze-założyciele, Niklas Sundin i Martin Henriksson, a ich miejsca zajęli Johan Reinholdz i jeden z filarów okołogothenburskiej rodziny – Christopher Amott. Roszada ta, choć ze względu na opuszczenie statku przez kluczowych członków załogi miała prawo budzić obawy, ostatecznie najwyraźniej tchnęła w muzykę Dark Tranquillity nieco ożywczego powietrza.

Jak należałoby oczekiwać, album oferuje szczodrą garść metalowych hitów. Singlowe, szybkie Phantom Days i Identical To None, a także rozdzielający je, dla urozmaicenia zorientowany na mocny groove Transient, stanowią jego wyborne otwarcie i niosą wystarczającą dawkę energii, by roztańczyć koncertową publikę. Każdy z nich tnie po łapach motorycznymi, heavy metalowymi riffami i, zgodnie z wieloletnią tradycją Dark Tranquillity, wbija w łeb niesamowicie nośne, podbite futurystyczną elektroniką melodie, które trudno jest od-usłyszeć. Podobnie przebojową, a jednocześnie przyjemnie zębatą propozycją jest Failstate, nasuwający skojarzenia z bitnymi szlagierami Arch Enemy, zbudowany na motorycznym rytmie i wyposażony w wybitnie chwytliwy, nawet jeśli odrobinę zbyt imprezowy refren. Na krążku, oczywiście, nie zabrakło też miejsca dla kilku kompozycji łączących zwyczajowy hałas z łagodnością, wykorzystujących czysty śpiew Michaela Stanne. Do moich faworytów z tej przegródki należą dynamiczny Ego Deception oraz obdarzony charakterystycznym haczykiem i przepięknym przejściem na końcu zwrotki, melancholijny Remain In The Unknown.

Co do zasady Moment wydaje się nieznacznie lżejszy niż wydana 4 lata temu, skądinąd bardzo dobra, Atoma. Da się to odczuć w jego nieco przerzedzonej, pozbawionej ostatnich sporadycznych podwójnych stóp i thrashowych bić rytmice, oraz za sprawą błyskającej między wierszami pozytywnej, przebojowej energii. Z kolejnych wykrzyczanych przez Stannego z mocą i charyzmą linijek tekstu przebija coś budującego – pozytywnie skanalizowany gniew, motywacja do wyrwania się z apatii, zgubnych mechanizmów i do walki o odzyskanie kontroli nad własnym życiem. Koniec końców, wydawnictwo sprawia wrażenie jaśniejszego od poprzednich, z czym wspaniale licuje zaskakująco barwny, jak na najświeższą historię Dark Tranquillity, obraz autorstwa Niklasa Sundina, zdobiący jego obwolutę.

Niestety, nie mając wiele do powiedzenia w zakresie artystycznych ambicji, Moment jest tylko tak dobry, jak efektywne są składające się nań piosenki, a tu, niestety, nie zawsze jest różowo (albo, jak kto woli, czarno). Po mocnym starcie Dark Tranquillity traci część impetu – zlokalizowane w drugiej połowie dystansu Standstill, A Drawn Out Exit i Eyes Of The World nie wnoszą wiele do tematu i ulatują z głowy, pomimo wszystkich ładnych melodyjek. Na szczęście, na koniec chłopakom udaje się zaserwować słuchaczom siarczystą pobudkę w postaci wspomnianego Failstate, a limitowana wersja wchodzi jeszcze na bis z całkiem fajnym Empires Lost To Time.

Podsumowując, Moment najprawdopodobniej nie przerośnie niczyich oczekiwań, aczkolwiek wstydu autorom również nie przynosi. Mimo, że mam świadomość jego minusów, łapię się na tym, że wciąż do niego wracam, choć na liczniku stuknęło mi pewnie już z dwadzieścia odtworzeń. Tych piosenek po prostu zajebiście dobrze się słucha – na pewno lepiej niż większości kawałków z We Are The Void i Construct, skąd naprawdę ciężko było wygrzebać coś ciekawego. Co więcej, jest to zdecydowanie bardziej udany materiał, niż ostatnie dzieła wspomnianych na początku Arch Enemy, In Flames i Amon Amarth. Fanów, którzy tęsknią do prawdziwie gothenburskiego oblicza kapeli, circa The Mind’s I, lub do jej nowszych, ale wciąż melodeathowych dokonań z okolic doskonałych Damage Done i Character, czeka uzasadnione kręcenie nosem, podobnie, jak miało to przypuszczalnie miejsce przy okazji wszystkiego, co wydarzyło się od Fiction włącznie. Natomiast pozbawionym powyższych sentymentów miłośnikom porządnie zrobionego, nowocześnie wypolerowanego, rozrywkowego metalu w ogóle, bez zawahania polecam po Moment sięgnąć. Nie powinniście być zawiedzeni.

Werdykt: 3,5/5