Top 10 Płyt 2020

Żegnaj 2020, witaj 2021. Zmontowanie tegorocznego zestawienia sprawiło mi sporo trudności. Nie żeby w ciągu ostatnich miesięcy brakowało dobrych premier; wręcz przeciwnie – niemal tydzień w tydzień na półce i playlistach pojawiały się kolejne mocne pozycje, ze szczególnym uwzględnieniem wszelkiej maści doomów i deathów. Prawdziwych olśnień nie było jednak aż tyle co choćby rok temu. Wobec tego praktycznie wszystkie albumy które znajdziecie poniżej, a także całkiem pokaźna ławka rezerwowych (Svalbard, Killer Be Killed, Loviatar, Pain Of Salvation, Paradise Lost, Oranssi Pazuzu, Sólstafir, Godthrymm i Havukruunu, by wspomnieć o najważniejszych) zajęły podobną pozycję w moim sercu i uszeregowanie ich od najlepszego do najgorszego stanowiło twardy orzech do zgryzienia. Koniec końców jednak rachunek sumienia został zrobiony, drastyczny i niewątpliwie krzywdzący przesiew dokonany, a ja, życząc wszystkim z okazji Nowego Roku, jak najszybszego powrotu do normalności, zapraszam do lektury:

10. UlverFlowers Of Evil



Ulver grający synthpop to sztuczka, która nikogo już nie dziwi… a jeśli, to raczej dlatego, że Norwegowie serwują ją po raz trzeci. Prawda, na Flowers Of Evil nie ma niczego, czego nie słyszelibyśmy już wcześniej z obozu Garma i spółki; sęk w tym własnie, że jest tu wszystkiego mniej, i to jest dobre. To zbiór ośmiu wybitnie stylowych piosenek, które bezbłędnie trafiają w punkt, bez szczególnych eksperymentów i ryzykownych aranżacji, mogących odwrócić uwagę od tego, co w nich najlepsze. Zmęczywszy uszy hałasem, nieodmiennie, z ogromną przyjemnością do nich wracam.

9. Stoned GodIncorporeal



Fajnie jest wrócić do krążka z lutego i stwierdzić, że śpiewająco zdał test czasu. Stoned God – kompletnie nieznany skład z Niemiec – wypuścił na początku roku materiał nie z tego świata, pełen szatkujących z mocą Zyklonu riffów i o wystarczającej ilości wielorybich zwolnień, by zawstydzić Godzillę, nie mówiąc o progresywnych zmianach tempa i tekstur, które skutecznie zapobiegają monotonii. Jeśli chodzi o rozrywkowy, acz niebanalny nowoczesny death, Incorporeal to najlepsze, co w tym roku słyszałem. Recenzja tutaj.

8. Anaal NathrakhEndarkenment



Wiedziałem, że tak będzie! Dlatego właśnie zamierzam odpuścić sobie gwiazdkowanie wpisów, zaczynając od dzisiaj. Nie da się miarodajnie i jednoznacznie skwantyfikować subiektywnych wrażeń płynących z obcowania z muzyką. Pisząc w recenzji (3,5/5) o Endarkenment, marudziłem – wciąż uważam, że słusznie – na jego wtórność. Wiadomo – każdy narzeka na wtórność krążków Anaali. Cóż jednak z tego, skoro za każdym razem, gdy wracam do tych 10 kolejnych iteracji ich morderczej sztuki, na mojej twarzy gości diaboliczny uśmiech satysfakcji i nie potrafię się oprzeć pokusie śpiewania o końcu świata razem z Davem Huntem. Jeśli świat faktycznie ma się skończyć, powinniśmy zatańczyć na jego gruzach do piosenek tego szalonego duetu!

7. PyrrhonAbscess Time



To nie jest relaksujący materiał, ani album, z którego można bezpiecznie wyciągnąć kawałek do puszczenia kolegom w biurze. To ociekająca żrącym kwasem i jadem tech-deathowa rebelia, która garściami czerpie z hardcore’u, grindu i sludge’a, łącząc te wpływy w nieustannie testującą wytrzymałość słuchacza, acz zróżnicowaną i imponującą wykonawczo przeprawę. Pyrrhon zapewnił mi w tym roku jedno z podstawowych narzędzi do spuszczania sobie dźwiękowego łomotu, z czego regularnie i z radością korzystałem. Recenzja znajduje się tutaj.

6. PallbearerForgotten Days



Pallbearer na najnowszym krążku poświęcił nieco eksploratorskich kompozycyjnych ciągotek, na rzecz usprawnienia struktury i flow utworów, co zdecydowanie wyszło im na dobre. Flaki z olejem, którymi zdarzało im się w przeszłości częstować słuchaczy poszły w zapomnienie, a w arsenale zostało to, co tygryski lubią najbardziej, to jest galeria pięknych doomowych riffów, fantastyczne melodie, jedyny w swoim rodzaju wokal i wszędobylska atmosfera spleenu i melancholii, ubrane w formę skoncentrowanych numerów, tworzących najrówniejszy i najbardziej efektywny set w dyskografii składu. Wisienkami na tym gorzkim torcie są wypasione, organiczne brzmienie i teksty, z którymi znacznie łatwiej się utożsamić, niż z ezoteryczną, bądź okultystyczną tematyką, do jakiej przyzwyczaili nas luminarze gatunku. Rok 2020, co zrozumiałe zważywszy na okoliczności, sprzyjał powstawaniu wysokojakościowego dooma, a Forgotten Days to jeden z najwspanialszych tego przejawów. Pełna recenzja płyty tutaj.

5. Imperial TriumphantAlphaville



Umiejscowienie najnowszego dzieła Imperial Triumphant na tej liście nie było łatwym zadaniem, przeprawa przez nie bywa bowiem równie fascynująca, co trudna i niekoniecznie należy do najprzyjemniejszych doznań. Mimo tego, skąpane w przejmującej atmosferze zgniłego przepychu, pełne niebanalnej, jazzowej motoryki, zaskakujących zwrotów akcji i wizjonerskich, eklektycznych aranży utwory są nieodparcie magnetyczne, nawet jeśli nigdy nie przestają haratać bębenków falami poskręcanego złomu. Atmosferę muzyki genialnie dopełnia misterna okładka Zbigniewa Bielaka i uderzający wizerunek samych artystów, wystrojonych niczym złote cielce kapitalizmu, w dziwacznym mariażu art deco i okultystycznego balu maskowego. Wszystkie te składniki tworzą jedyną w swoim rodzaju całość, której absolutnie nie mogło zabraknąć w tegorocznej topce. Cała recenzja tutaj.

4. FliegeThe Invisible Seam



Debiutancka (nie licząc EP-ki) płyta enigmatycznego nowojorskiego składu zrobiła na mnie na początku roku ogromne wrażenie. Nie dość, że ich połączenie industrialu, blacku i post-punku, z wybornymi, zimnymi riffami, celowo mechaniczną pracą automatu perkusyjnego, zaskakującymi wstawkami czystych wokali i całą górą smaczków i haczyków zdecydowanie wyróżnia się na tle gatunkowych standardów, to jeszcze udało im się napisać zestaw świetnych piosenek, z A Confession, Blood Of The Earth i Love Plague na czele. Szkoda, że panowie nie zdecydowali się wrzucić swojej muzyki na fizyczny nośnik, bo zdecydowanie brakuje The Invisible Seam na mojej półce! Więcej o albumie tutaj.

3. Emma Ruth Rundle & ThouMay Your Chambers Be Full



Uwielbiam wokal Emmy, od kiedy usłyszałem go na Salome Marriages, ale nie zostałem nigdy fanem solowych dokonań wokalistki. Podobnie jak w przypadku Chelsea Wolfe – doceniam głos i mroczną, acz subtelną, emocjonalną atmosferę jej nagrań, ale poza kilkoma wyjątkami, jej ascetyczne kompozycje nie zdobyły mojego serca starego metalucha. Tu na scenę wchodzi sludge’owy Thou – młoda, zaskakująco płodna (aczkolwiek kompletnie mi nieznana) kapela – i dzieje się magia. Gniotące, dronująco-doomowe walce sekstetu z Louisiany okazują się fantastycznie nieść wrażliwy śpiew Rundle, a powstały w ten sposób kontrast muzycznych światów nadaje utworom genialną emocjonalną dynamikę. Sekcje zaś, w których Emmie wtórują unisono suche, blackowe skrzeki Bryana Funcka wypadają wybornie niepokojąco. Dodatkowo, a może przede wszystkim: nie wiem, czy jest to zasługą twórczego wkładu Thou, czy wspólnej zabawy bezpośrednią, metalową formułą materiału, ale zebrane tu numery, przy całej swojej mięsistej dźwiękowej strukturze, prezentują się odświeżająco zwięźle i prostolinijne. Dzięki temu nie trzeba było długich sesji zapoznawczych aby May Your Chambers Be Full zaczarował mnie i zadomowił się w mojej codziennej ramówce.

2. Code OrangeUnderneath



Code Orange wylądowali w tym zestawieniu dosłownie w ostatniej chwili. Długo oswajałem się z ich najnowszym albumem – choć nie jest to jakaś szczególnie trudna muzyka, przez długi czas się od niej odbijałem. Dopiero ostatnio, po nie wiem którym odsłuchu, zażarło na dobre i zdałem sobie sprawę, że Underneath to naprawdę zajebisty, album. Amerykanie ubierają brutalną, industrialnie zagliczowaną, grindcore’ową furię w przebojowość nu-metalu, skutkiem czego dostajemy do rąk zestaw piosenek, mogących z powodzeniem usadowić się w towarzystwie największych imprezowych hiciorów ostatniego ćwierćwiecza, aczkolwiek, adekwatnie do aktualnych trendów, popieprzonych i bezkompromisowych. Code Orange zanurkowali do króliczej nory, zeżarli królika (oczywiście całego, razem z uszami i ogonkiem) i wrzuciwszy granat odłamkowy do jego pudła z kolekcją CD-ków z liceum, rozkręcili dziki młyn w salonie. W swojej kategorii – album roku.

1. UlcerateStare Into Death And Be Still



Jestem miłośnikiem dźwięków Ulcerate mniej więcej od czasu zderzenia z Vermis, a że ta ich koszmarna death metalowa rzeźnia nigdy nie była lepsza niż na Stare Into Death And Be Still, bardzo trudno byłoby jakiemukolwiek innemu wydawnictwu strącić Nowozelandczyków ze szczytu tegorocznego podium. Jak pisałem w recenzji – ich nowa płyta wygrywa odświeżonym arsenałem – uczytelnionymi strukturami, podstępnie wśliźniętą między wiersze melodyką i odważnymi wycieczkami w klimatyczne przerzedzenia, a jednocześnie nie zalicza uszczerbku na brutalności i niepowtarzalnym, piekielnym charakterze. Ulcerate to wciąż Ulcerate – kapela, której po pierwszych nutach nie da się pomylić z nikim innym. Teraz może nawet bardziej niż dotychczas.