Recenzja: Pallbearer „Forgotten Days”

Gatunek: doom metal
Rok: 2020

Trudno byłoby podważyć tezę, że Pallbearer, w obrębie współczesnej sceny doom metalowej, dorobił się statusu małej gwiazdy. Dzięki temu, że chłopaki nieustannie testują granice gatunkowej niszy, wkraczając w rejony postu, progresji, stonera i sludge’a spod znaku choćby Yob, a jednocześnie utrzymują niezaprzeczalnie tradycyjny feeling, czerpiąc w równym stopniu z zamierzchłej klasyki, co z dokonań brytyjskich smutasów z lat 90., premiery ich płyt przykuwają uwagę opiniotwórczych portali i zazwyczaj zgarniają świetliste noty. Z mojego punktu widzenia, faktycznie, każdy z ich pierwszych trzech albumów mógł pochwalić się przynajmniej kilkoma wspaniałymi momentami – wspomnę o Foreigner, Worlds Apart, Thorns czy Plea For Understanding – lecz, przez tendencję do rozwlekania nie aż tak ciekawych wątków ponad niezbędną miarę, żaden nie kupił mnie w stu procentach i nigdy nie zaliczałem się do grona ich prawdziwych wyznawców. Niemniej, kiedy ekipa z Arkansas robi dobrą robotę, jest ona na fantastycznym poziomie i mimo średniego zainteresowania, nigdy nie straciłem ich do końca z pola widzenia. Po Forgotten Days sięgnąłem więc nie oczekując szczególnych fajerwerków, acz niewątpliwie z uzasadnionym nastawieniem na parę wysokojakościowych okazji do radosnego dumania nad marnością, daremnością i porażką egzystencji. Cóż może być bowiem lepszego na jesienną izolację?

Źródło: pallbearerdoom.com

Po przesłuchaniu całości mogę śmiało stwierdzić, że Pallbearer pozostali sobą. Główne atuty ich stylu – monumentalne doomowe riffy wkomponowane w malownicze gitarowe pejzaże oraz jedyny w swoim rodzaju, cudownie melodyjny, a jednocześnie dojmująco melancholijny wokal – wciąż są na swoim miejscu i samo to sprawia, że autorstwa tej muzyki nie dałoby rady omyłkowo przypisać nikomu innemu. Z drugiej strony jednak, pod względem kompozytorskim, nastąpiła zauważalna modyfikacja kursu. Utwory stały się bardziej zwarte, a znaczna część otrzymała zaskakująco (jak na Pallbearer) piosenkową strukturę, z refrenami, czepiającymi się mózgownicy haczykami i śmielej serwowanym tradycyjnie doomowym groovem.

Otwierający krążek numer tytułowy i późniejszy The Quicksand Of Existing są najbardziej charakterystycznymi reprezentantami zaktualizowanej formuły. Jadą naprzód na klasycznych, motorycznych riffach podobnie jak robił to Cruel Road na Heartless, przywołując jednocześnie w warstwie liryków i wokalu obłąkany klimat, którego nie powstydziłby się pewien Książę Ciemności, wcinający nietoperze zanim stało się to modne. Strategiczne rozmieszczenie tych piosenek na początku i w połowie albumu zdecydowanie pomaga w jego odbiorze, pierwsza z nich stanowi bowiem efektowne otwarcie, druga zaś skutecznie koncentruje uwagę słuchacza, po najdłuższej w stawce, progresywnej podróży Silver Wings.

W pozostałych kawałkach Amerykanie balansują pomiędzy ciężarem, a klimatem, to znów czarują finezyjnymi wycieczkami instrumentalnymi, w sposób doskonale znany z wcześniejszych albumów, nigdy nie zapominając jednak o wspomnianej już, sporej dozie chwytliwości i kompozycyjnej koncentracji. To właśnie dzięki niej utwory takie jak Riverbed, o ledwo tlących się wyciszeniach, rozkwitających w piekny, triumfalny refren, od którego trudno się uwolnić, albo kończący przygodę, przybijająco tęskny hymn – Caledonia, zadomowiły się w mojej świadomości tak jak żaden inny numer w karierze Pallbearer. Nie są to oczywiście jedyne zapadające w pamięć fragmenty Forgotten Days. Magia na styku tekstów, wokali i roboty instrumentalnej, dzieje się w każdym właściwie utworze, wystrzeliwując całość materiału wysoko ponad przeciętność, a przy okazji na szczyt dyskografii grupy.

Specyficzna, miękka produkcja krążka, nieco inna niż w przeszłości, powoduje, że podczas odsłuchu w codziennych warunkach, może się on wydawać pozbawiony kłów i pazurów. Faktycznie, Randall Dunn, znany ze współpracy z dronowymi, postowymi i occultowymi luminarzami (np. Sunn O))), Asva, Earth, Jex Thoth), a ostatnio choćby z Bell Witch, zaproponował tu analogowe brzmienie, z dużym szacunkiem dla przestrzeni. Ewentualny deficyt adrenaliny jest jednak najwyżej pozorny. Gdy zapuści się płytę głośno i na porządnym sprzęcie, zalewające uszy fale zagłady mimo, że osiągają iście katedralne rozmiary, cudownym sposobem nie ranią, a zestawienie ich z delikatnymi, przestrzennymi pasażami okazuje się tym bardziej efektowne. Forgotten Days jest tym samym jednym z najlepiej brzmiących albumów z ciężką muzą, jakie miałem okazję ostatnio słyszeć.

Czy mogę powiedzieć, że moje bardzo pozytywne odczucia wobec Forgotten Days są zaskoczeniem? Raczej nie. Od pierwszego kontaktu zakładałem, że Pallbearer w końcu zbiorą wszystkie elementy swojej układanki, już z osobna całkiem przecież imponujące, i złożą je w dzieło przekonujące od pierwszej do ostatniej minuty, siadające w sercu za sprawą kompletu dobrych kompozycji. Po wielu sesjach z ich najnowszym materiałem i osłuchaniu go w tę i z powrotem, z radością stwierdzam, że misja została zakończona sukcesem, i to bez potknięć, dzięki czemu, w tegorocznym kondukcie doomowych zwycięzców, w składzie z Godthrymm, Paradise Lost, My Dying Bride, Loviatar, Bell Witch, Dopelord i sporym gronem innych, Pallbearer wysuwa się na prowadzenie i okazuje się murowanym kandydatem do podium.

Werdykt: 5/5