Recenzja: Black Crown Initiate „Violent Portraits Of Doomed Escape”

Gatunek: progressive death metal
Rok: 2020

Jakieś 5 lat temu w moje ręce trafił debiutancki album Black Crown InitiateThe Wreckage Of Stars. Ich autorska wariacja na temat znanej receptury, polegającej na łączeniu na wskroś nowoczesnego, wkurwionego deathu z melodyjnymi wycieczkami, okazała się na tyle dobra i charakterystyczna, że Amerykanie z miejsca trafili do grona kapel aktywnie przeze mnie obserwowanych. Ciężkie łojenie w ich wykonaniu było na tamtym krążku satysfakcjonująco porządne, a do tego zdradzało inklinacje do zaskakujących odjazdów w nieoczywistych kierunkach, czego bodajże najbardziej jaskrawy przejaw stanowiły świetne, chwytające za gardło, a jednocześnie zupełnie nie ckliwe, partie czystych wokali.

Wydany jakiś czas później Selves We Cannot Forgive rozwijał formułę zespołu – panowie odważniej, choć wciąż bez przesady, zapuścili się w progresywne rejony, pozwolili sobie na okazjonalne zdjęcie nogi z gazu, a i ładne melodie oraz spokojniejsze dźwięki zaserwowali nieco obficiej. Wciąż jednak nie wyszli daleko poza ramy srogiego, choć przyswajalnego, deathowego naporu. Patrząc z dzisiejszej perspektywy można powiedzieć, że przy okazji tamtego, skądinąd bardzo dobrego albumu, Black Crown Initiate poczuli się w swoich butach komfortowo, a ich styl faktycznie się uformował, Violent Portraits of Doomed Escape utwierdza bowiem zespół w obrębie wypracowanej formuły i nie przynosi znaczących niespodzianek.

Choć materia muzyki i proporcje zastosowanych składników pozostały w miarę niezmienne, krążek nie jest bynajmniej powtórką z rozrywki. Ma własny, sugestywny charakter, spójną wizję i flow, które trzymają go w ryzach, od pierwszych, do ostatnich dźwięków spinającej go akustycznej klamry i przynajmniej na tym polu wygrywa z poprzednimi pozycjami w dyskografii Amerykanów. Kto słuchał ich wcześniej, ten wie, czego się spodziewać. Jak zwykle króluje tu przestawiająca klatę jazda obficie podbitej podwójną stopą perkusji, niosąca miażdżące riffowanie z wyraźną domieszką technicznej akrobatyki, atmosferę rozjaśnia zaś spora dawka melodii i chwytliwości. Gdybym miał umieścić Black Crown Initiate w gronie im podobnych, prawdopodobnie trafiliby do jednej drużyny z Rivers Of Nihil i The Faceless, wspartej przez Fallujah i Allegaeon.

Years In Frigid Light – pierwszy singiel, który krążył po serwisach streamingowych na długo przed premierą całości, stanowi doskonałą reprezentację głównego modus operandi kapeli. Wkracza na deski miażdżącym krokiem, zamiatając najbliższe otoczenie gitarowo-perkusyjnymi salwami i przy akompaniamencie brutalnego growlingu. Po chwili jednak, ta pierwsza fala hałasu przełamuje się w sposób radykalny, ustępując miejsca urzekającemu śpiewowi i delikatnym plumknięciom strun, w uzależniającym, nawet jeśli nieco lukrowanym refrenie. Kiedy, po kolejnym przypływie okołodeathowego łomotu, te melodyjne partie powracają, nie jest już wcale ani tak akustycznie, ani ckliwie – dwa muzyczne światy coraz bardziej się splatają.

Z jednej strony fajnie, bo można bez wahania powiedzieć, że pozostałe utwory na płycie trzymają wysoki poziom Years In Frigid Light, lecz z drugiej, kiedy usłyszy się jeden, to z grubsza tak, jakby usłyszało się cały materiał. Oczywiście, są tu wariacje – Trauma Bonds i Death Comes In Reverse (oba wyposażone w naprawdę świetne refreny) grawitują w kierunku piosenkowej przebojowości, podczas gdy, na przykład, Invitation i Holy Silence śmielej rozwijają progresywne skrzydła. Są to jednak niuanse – główny nurt, oparty o majestatyczne tempa i mniej lub bardziej kontrastowy dialog pomiędzy subtelnością, a brutalną agresją pozostaje niezmienny i nie ma co liczyć na szczególne zaskoczenia, czy piki wykresu ekscytacji. Mimo tego ogólnego zastrzeżenia, trzeba chłopakom oddać, że obecne w każdym numerze haczyki wokalne, techniczne basowo-perkusyjne smaczki czy podkręcone riffy z gatunku tych w Death Comes In Reverse i Son Of War są doskonale napisane i naprawdę potrafią zapaść w pamięć, a spójność klimatu i tonacji utworów skutecznie nadaje muzyce rozpoznawalny szlif.

Violent Portraits Of Doomed Escape, to kolejna mocna pozycja w niezbyt obszernej, acz zdecydowanie solidnej dyskografii Black Crown Initiate. Biorąc pod uwagę ich kompozytorską ambicję, umiejętność pisania chwytliwych kawałków i międzygatunkowe aspiracje, można przypuszczać, że mają w sobie potencjał, by dać światu krążek, który wymknie się klasyfikacji i naprawdę zmiażdży konkurencję, wbijając ich do czołówki komercyjnej ekstremy. Póki co, jest jednak, po prostu, bardzo dobrze. Jeśli ktoś czuje się w nowoczesnej szkole amerykańskiego death metalu jak u siebie, nie zgrzyta zębami na myśl o rozrywkowych piosenkach, a jednocześnie potrafi docenić granie oferujące wystarczającą głębię, by zostać z nim dłużej, niż tylko na kilka pobieżnych sesji, bez wątpienia znajdzie tu dużo powodów do radości. Osobiście, mimo, że nie padłem przed Portretami na kolana, od paru tygodni wracam do nich z niesłabnącą regularnością.

Werdykt: 3,5/5