Recenzja: Imperial Triumphant „Alphaville”

Gatunek: avant-garde black / death metal
Rok: 2020

A niech to! 2020 to dobry rok dla death metalu na Irkalli (oczywiście, również diabelnie dobry rok dla tegoż, w ogóle!). Pisałem już o doskonałych albumach Ulcerate i Pyrrhon, a trzecim składem, który w ostatnich miesiącach narobił szumu w otaczającym mnie muzycznym krajobrazie, są właśnie bohaterowie dzisiejszego tekstu. Na przestrzeni ostatnich lat Imperial Triumphant zrobili błyskawiczną i efektowną karierę, zdobywając świetną prasę i wskakując do wysokiej ligi podziemnego grania. Pamiętam, kiedy zetknąłem się z nimi po raz pierwszy, przy okazji Abyssal Gods, łatwo było wrzucić ich do jednej szufladki z zastępem innych szalonych naśladowców Deathspell Omega. Nowojorczycy nie zagrzali tam jednak miejsca. Znaleźli swoją własną ścieżkę – opuścili opanowane przez demony i diabły leśne nory, by czerpać inspirację z plątaniny betonu, stali i ludzkich żądz, stanowiącej tkankę ich rodzinnego miasta, wspaniałego i przerażającego zarazem. Już dwa lata temu, na Vile Luxury, można było wyraźnie usłyszeć efekty tych poszukiwań i fascynacji. Alphaville stanowi jeszcze odważniejszy krok w obranym przez zespół kierunku.

Do niedawna, za sprawą przeszłych dokonań, Imperial Trumphant istnieli w mojej świadomości jako zespół około-blackowy. Ta gatunkowa przynależność osłabła już przy okazji Vile Luxury, natomiast na Alphaville niewiele, jeśli cokolwiek, z niej w ogóle zostało. Środek ciężkości muzyki przeniósł się zdecydowanie bliżej awangardowego, technicznego deathu, rozczłonkowanego i powykręcanego, przetkanego patentami z przeróżnych stylistyk w tak niepohamowany sposób, że mimo większego zróżnicowania, całość okazuje się jeszcze mniej przystępna, niż dawniejsze dzieła Amerykanów. Nie znaczy to, w najmniejszym stopniu, że Alphaville jakościowo odstaje in minus od swoich poprzedniczek. Wręcz przeciwnie, okiełznanie jej szaleństwa zabrało mi wprawdzie sporo czasu, ale obecnie, po dziesiątkach przesłuchań, poruszam się w jej labiryntach jak ryba w wodzie i uważam je za nieodparcie fascynujące.

W prasie, w odniesieniu do Imperiali, co rusz pada słowo jazz. I rzeczywiście, panowie nieustannie dają świadectwo miłości do tej, nierozłącznie wplecionej w historię Nowego Jorku i Stanów w ogóle, muzyki. Nieoczywista, pulsująca rytmika utworów, w połączeniu z rozimprowizowanym, nieskrępowanym wykonawczym czarodziejstwem i gościnnymi wizytami instrumentów spoza metalowego uniwersum, nadaje twórczości tercetu jedyny w swoim rodzaju charakter. Na jednym z bardziej modnych portali zdarzyło mi się wręcz przeczytać, że Imperial Triumphant to „blackujące” trio jazzowe. Cholera, bez przesady – Alphaville to, mimo tego co napisałem powyżej, po pierwsze, kawał bezlitosnego, niepokojącego i powodującego permanentny soniczny dyskomfort, ekstremalnego metalu, nie mniej gniotącego i szarpiącego flaki, niż cokolwiek z repertuaru eksperymantalnej konkurencji z gatunku Gorguts, czy choćby wspomnianego już Pyrrhon. Jeśli ktoś spodziewa się Johna Coltrane’a z szorstkimi wokalami, to, z całą pewnością, lekko się zdziwi. Pełne feelingu, wyrafinowane bębnienie potrafi w mgnieniu oka przejść w jazzującą mutację chłoszczącego blastbeatu, jazgocząca gitara nigdy nie zostaje odwieszona na kołku na dłużej niż chwilę, zawsze gotowa, by wgnieść w ścianę już i tak oszołomionych kanonadami dźwięków słuchaczy, podstępny bas, choć zasadniczo wykręca techniczne zawijasy, sparowany z dźwiękowym młynem potęguje poczucie niebezpieczeństwa, a kropkę nad i stawia charczący, plugawy growling wokalisty. Czegóż chcieć więcej?

Z jednej strony, eklektyczna formuła albumu sprawia, że obcując z nim, nie sposób przewidzieć, co wydarzy się za najbliższym zakrętem, a z drugiej nie ma tutaj miejsca na bałaganiarskie, kompozycyjne ADHD. Kolejne tematy rozwijają się w swoim tempie, budując rozpoznawalne, zróżnicowane struktury. Nawet jeśli utworom zdarza się rozpadać w drzazgi w eksplozjach chaosu, tak jak ma to miejsce choćby w drugiej połowie Excelsior, koniec końców, ekscesy te okazują się zamierzonym zabiegiem, a całość nieodmiennie wraca na tory, i zamyka się w ramach ogarnialnej struktury. Na wszystko jest tu pomysł. Nawet najśmielej wychylony w kierunku jazzowych rozwiązań i naszpikowany niespodziewanymi zwrotami akcji numer – City Swine, z jego swingującym wstępem, fortepianowymi pasażami i gościnnym występem Thomasa Haake na japońskich bębnach, trzyma w ryzach relatywnie piosenkowa (w death metalowym znaczeniu) warstwa wokalna, w refrenie wsparta kolosalnym, wężowym riffem.

Kolejną ciekawą pozycją w zestawie jest Atomic Age, numer skonstruowany na mozolnym, oszczędnym, ale jak pięknie zagranym na garach (zwłaszcza w początkowych sekcjach) rytmie, który pozornie rozmontowuje się i rozpada na łączeniach, zupełnie jak zdegenerowana maszyna, o której opowiada, nie gubiąc jednak do końca, swojego oryginalnego, połamanego kroku, migającego niczym ostatni sygnał alarmowy w dawno nieczynnej elektrowni. Bardzo lubię też Transmission To Mercury, otwarty tęsknymi, zwodniczo delikatnymi partiami pianina i puzonu, stopniowo gęstniejący w ścianę świdrujących gitar, siekącej perkusji i basowych pochodów, przejmująco zwieńczony obłąkańczymi krzykami, jakiejś ewidentnie nękanej koszmarami niewiasty. Spragnionym klasycznie pojętego death metalu powinny przypaść do gustu dwa ostatnie kawałki na krążku, to jest Alphaville i The Greater Good – także oczywiście niepozbawione swoich dziwactw i niespodzianek, ale generalnie nieco bardziej tradycyjnie poukładane i oparte o czystsze gatunkowo rozwiązania instrumentalne. W zestawieniu z szaleństwem, znaczącym poprzedzające je kwadranse, można potraktować je jako stosunkowo bezpieczną przystań.

Wspomniałem wcześniej o robocie instrumentalnej na Alphaville. Warto wrócić do niej na chwilę, gdyż, odkroiwszy zewnętrzne wtręty, to współpraca garów Kenny’ego Grohowskiego, basu Steve’a Blanco i gitary Zachary’ego Ezrina, przy wsparciu jego wrzasków, stanowi trzon muzyki Imperial Triumphant i gdyby nie ona, nie byłoby o czym gadać. Jazzowo-metalowe akrobacje nie miałyby racji bytu, bez niesamowitych umiejętności i zgrania wyżej wymienionych. W obrębie siedmiu, nie licząc bonusów, zawartych na płycie kompozycji, zespół prezentuje absolutnie unikatowe połączenie brutalności i intensywności, jakiej należy spodziewać się po technicznej ekstremie, z elegancją i imponującym wyczuciem dynamiki. Nie ma tu prostych zagrań i łatwych groovów, a jednak, podskórnie, pod skorupą gruzu, Alphaville buja. Wisienkę na tym zgniłym torcie ponownie stanowi zarazem dynamiczna i przestawiająca kości produkcja, autorstwa Colina Marstona, który zdążył w ciągu ostatnich lat zjeść zęby na realizacji jednych z największych dzieł z okolic technicznego metalu, współpracując choćby z Gorguts, Krallice, Pyrrhon czy Dysrhythmią. Gość naprawdę wie, jak sprawić, żeby kawałki, nie tracąc na morderczym ciężarze, pozwalały cieszyć się całą paletą niuansów. O zajebistej oprawie graficznej autorstwa Zbigniewa Bielaka nawet nie będę zaczynał. Napiszę tylko, że w wypadku tego krążka należy zrobić sobie prezent w postaci winyla.

Kończąc ten długi wywód, Alphaville to fenomenalna płyta, choć niewątpliwie nie na każdą pogodę, stan ducha, czy umysłu. Imperial Triumphant nie zmniejszają obrotów i ponownie zdają się podnosić konkurencji poprzeczkę w kategorii eksperymentalnej ekstremalnej muzyki. Mnogość pomysłów aranżacyjnych wplecionych w utwory fascynuje i sprawia, że o monotonii nie może być mowy, a jednocześnie nigdy nie ma się poczucia, że coś tu jest od czapy. Wszystkie dźwięki, czy to klasyczne instrumentacje, czy sample rodem z miejskiego koszmaru, konsekwentnie budują zamierzoną wizję, a ich spoiwem jest stary, dobry, pokręcony metal, z tych najcięższych i najbardziej nieprzyjaznych. Gdy dodać do tego ogólną otoczkę i stronę wizualną krążka, otrzymujemy dzieło kompletne, które powinno zasilić kolekcję każdego szanującego się fana brutalnego grania. Krótko mówiąc, Imperium ponownie Triumfuje.

Werdykt: 5/5