Recenzja: Judicator „Let There Be Nothing”

Gatunek: power metal
Rok: 2020

Wakacje powoli odchodzą w zapomnienie. Wraz z powrotem do standardowej codzienności pora odkurzyć bloga – tym bardziej, że na mojej półce, czy to wirtualnej, czy fizycznej, pojawiło się ostatnio kilka naprawdę ciekawych nowości. Na rozgrzewkę, po przerwie, postanowiłem napisać o najnowszym wydawnictwie Amerykanów z Judicator, które od tygodni regularnie kręci się u mnie w odtwarzaczu. Dawno, dawno temu, kiedy światem rządziły humanoidalne dynie i ślepi strażnicy, power metal był moim żywiołem – łykałem wszystko, co wpadło mi w łapy. Dziś, choć sporadycznie sięgam po takie granie, a moje muzyczne preferencje oscylują wokół mniej przystępnych obszarów sztuki, każdego roku udaje mi się wygrzebać przynajmniej kilka perełek z szufladki z epickimi dziełami o bohaterskich czynach, które skutecznie rozpalają we mnie żar sentymentu. Jak łatwo się domyślić, Let There Be Nothing to jedna z właśnie takich płyt.

Szczerze mówiąc, wychowałem się na teutońskim łojeniu i nie jestem prawdziwym znawcą amerykańskiej sceny power metalowej. Kojarzę ją głównie z kilkoma genialnymi krążkami Iced Earth, paroma wydawnictwami Dragonforce, czy Kamelot i w zasadzie niczym więcej. Nie wiem więc, na ile dobrze Judicator wpisuje się w ojczyste standardy, ale z całą pewnością mogę stwierdzić, że, tak muzycznie, jak koncepcyjnie, całkiem nieźle pasuje do bliskiej mi, europejskiej klasyki gatunku. Panowie biorą na warsztat pełną wzlotów i upadków karierę bizantyjskiego dowódcy, Belizariusza, i na jej kanwie budują metalową opowieść, o tradycyjnym ciężarze i niesłabnącym impecie, a jednocześnie różnorodną, bogatą w zmiany nastroju i ciekawe zabiegi aranżacyjne.

Otwierający krążek numer, Let There Be Light, dobrze pokazuje, na co ich stać. Jest tu mnóstwo ognistego, przebojowego grania z solidnym wykopem, wbijającymi się w pamięć melodiami i fantastycznym refrenem, a wszystko to osadzone jest w kompozycyjnych ramach zdradzających progresywne aspiracje zespołu. Piosenka trwa ponad siedem minut, w trakcie których artyści znajdują czas, by wprowadzić słuchacza w przedstawioną historię, zbudować nastrój i pieczołowicie rozwinąć wplecione w nią wątki, co w rezultacie pozostawia w świadomości zdecydowanie głębszy ślad, niż tylko materiał do nucenia. Nawet bardziej zwartemu powerowemu killerowi, w postaci Tomorrow’s Sun, daleko do schematyczności. Choć, przede wszystkim, jest to iskrzący energią, bitewny hymn, opatrzony refrenem, przy którym ma się ochotę poprowadzić do boju oddział rycerstwa i zapamiętale siec Wandali, Judicator bawi się jego teksturą, wprowadzając blastowe przełamania oraz teatralne aranżacje wokalne i dzieli go na dwa wyraźnie zarysowane segmenty. Podobnie bezpośredni zastrzyk mocy dostajemy przy okazji Autumn Of Souls, który za sprawą galopującego pędu i wspaniałych wokalnych harmonii, z powodzeniem mógłby znaleźć się na Imaginations From The Other Side Blind Guardian, oraz najbardziej prostolinijnej w zestawie, singlowej Glorii, uzbrojonej w charakterystyczny, momentalnie zapamiętywalny patent wokalny w refrenie, z gościnnym udziałem damskiego śpiewu.

Jak to z albumami koncepcyjnymi bywa, niektóre wątki wymagają bardziej zniuansowanego podejścia. Najlepszy przykład tegoż dostajemy w mocno progresywnym, dostosowującym intensywność i tonację do narracyjnych zwrotów akcji, Strange To This World. Muszę powiedzieć, że poprzez kontrast z poprzedzającym go, triumfalnym Tomorrow’s Sun, przedstawione w nim pasmo emocjonalnych dramatów, będących udziałem protagonisty, zaskakująco do mnie przemawia. Takie samo wrażenie robi zresztą wieńczące album combo The Way Of Pilgrim i Let There Be Nothing – utworów podobnie rozbudowanych pod względem kompozycyjnym, zamykających opowieść w epickim, finalnym rozliczeniu. Aranżacyjne powiązanie muzyki z konceptem lirycznym ponownie przywodzi tu na myśl dokonania ekipy Hansiego Kürscha, a dokładniej to, jak Niemcy podeszli do tematu przy okazji Nightfall In Middle Earth – opowieść stanowi tu nieodzowny element, nie dekoncentruje jednak metalowego naporu instrumentów.

Podoba mi się sposób, w jaki Judicator budują warstwę instrumentalną utworów. Tony Cordisco i Michael Sanchez, przy okazjonalnym wsparciu gości, w tym Christiana Münznera (ex-Obscura, Alkaloid), Miotają w nas riffami z klasycznej powerowej szkoły i tradycyjnie rozbuchanymi solówkami, podbitymi wyraźnymi partiami basu i osadzonymi na zróżnicowanej grze perkusji. Nie rozmiękczają przy tym przekazu klawiszowymi, czy symfonicznymi cukierkami, jakich można by spodziewać się po historycznym koncepcie, przywodzącym na myśl grecką tragedię. Nie znaczy to, że piosenki pozbawione są klimatu – wręcz przeciwnie, atmosfera chanson de geste towarzyszy nam od pierwszej nuty akustycznego prologu, do wieńczącego materiał chóralnego pochodu. Amerykanie osiągają ją jednak przy użyciu tradycyjnego instrumentarium, ograniczonego do wioseł i sekcji rytmicznej, a w odbiorze niuansów pomaga zbalansowana, eksponująca wszystkie składniki muzycznej tekstury, a jednocześnie przyjemnie mięsista produkcja. Ogromnym atutem kapeli jest oczywiście charyzmatyczny wokal. John Yelland świetnie czuje się w klasycznie power metalowym śpiewie, a dodatkowo lekką ręką serwuje rewelacyjnie plastyczne, Kürschowskie górki i doliny. Dzięki tej wszechstronności, zależnie od potrzeb wynikających z narracji, potrafi wykreować niezmiennie przekonujący, czy to waleczny, złowróżbny, czy melancholijny nastrój utworów.

W ostatecznym rozrachunku, Let There Be Nothing, po prostu, bardzo dobrze się słucha. Nie przynosi wprawdzie rewolucji i raczej nie zostawi ponadczasowego śladu w muzycznym krajobrazie, ale w obrębie gatunkowego tu i teraz jest, bez wątpienia, jedną z najmocniejszych pozycji. Judicator, dzięki niewymuszonej progresywności kompozycji i charyzmie wokalisty, potrafi porządnie wciągnąć słuchacza w historię, którą opowiada za pośrednictwem solidnych, wpadających w ucho piosenek, robiąc przy okazji bardzo dobrą robotę instrumentalną. Jednocześnie, dzięki temu, że tematyka albumu zaczerpnięta została z kronik średniowiecznego Bizancjum, a nie z epopei fantasy, całość trzyma fason i łatwiej unika infantylizmu, który niekiedy ciągnie w dół produkcje z tej samej szufladki. Wiem, że się powtarzam, ale na dość jałowym polu, jakim jest obecna scena power metalowa, wysokojakościowe albumy, autorstwa młodych, kreatywnych składów są na wagę złota. Moda natomiast, jak wiadomo, zatacza koła, i tylko czekać, kiedy takie granie wróci do łask szerszej publiki. Podejrzewam, że Judicator będzie wówczas jednym z jego najważniejszych ambasadorów.

Werdykt: 4/5