Recenzja: …And Oceans „Cosmic World Mother”

Gatunek: symphonic / melodic black metal
Rok: 2020

Powrót …And Oceans był dla mnie, w ciągu ostatnich miesięcy, a może i lat, jednym z ciekawszych, a jednocześnie mniej spodziewanych. Ekipa odpowiedzialna swego czasu za The Symmetry Of I, The Circle Of O i A.M.G.O.D., rozpadła się na początku XXI wieku na mniejsze projekty i, ostatecznie, na niemal dwie dekady zniknęła z radaru. Na przestrzeni czterech krążków z pierwszego etapu działalności, ich muzyka przeszła wyraźną stylistyczną ewolucję – od melodyjnego symfonicznego blacku, nasuwającego skojarzenia z Covenant, sprzed zamiany C na K, Limbonic Art, czy nawet wczesnego Dimmu Borgir, do napakowanego elektroniką industrialu, już tylko zahaczającego o rejony czarnej sztuki. Biorąc pod uwagę eksperymentatorskie zapędy Finów i to, że ich muzyka zawsze stanowiła efekt kolizji artystycznych frontów – klasycznego z futurystycznym (kolizji będącej, jak mniemam, przyczyną rozejścia się ścieżek założycieli zespołu – Teemu Saari i Timo Kontio), byłem bardzo ciekaw, jak zabrzmią u progu trzeciego dziesięciolecia nowego millenium.

Odpowiedź na to pytanie dostałem już w pierwszej sekundzie Cosmic World Mother, muzycy bowiem nie bawią się w zbędne preludia, czy budowanie suspensu i, bez chwili na zaczerpnięcie głębokiego oddechu, rzucają słuchaczy w siekący wir blastów i lodowatych tremoli. A więc wojna… Tak, nowy materiał …And Oceans, to bez wątpienia odwrót w kierunku blackowego łojenia. Nawet jeśli wynosi jakieś rozwiązania z niegdysiejszej wycieczki do galaktyki electro, to stanowią one zaledwie smaczki i są podporządkowane generalnej wizji, skonstruowanej wokół nieprzejednanych perkusyjnych kanonad, riffów wprost z ostępów Mateczki Północy, lub wczesnego Cesarstwa, niesionych na falach kosmicznych orkiestracji i dopełnionych przez wściekłe blackowe wrzaski w wykonaniu dokoptowanego do składu Mathiasa Lillmånsa, na co dzień frontmana Finntroll. Premierowej muzyce zdecydowanie bliżej jest więc do starszych dokonań zespołu, niż do A.M.G.O.D. czy Cypher, z tą różnicą, że żadne z wcześniejszych wydawnictw nie może się równać z Cosmic World Mother pod względem ciężaru, blackowego chaosu i intensywności. Z zaskoczeniem i niemałą satysfakcją muszę stwierdzić, że słuchając na przykład niektórych partii As The After Becomes The Before, zdarza mi się zapomnieć, że z głośników nie leci Marduk, względnie Anorexia Nervosa z okolic New Obscurantis Order.

Brutalna soniczna materia, którą dostajemy na twarz w taktach otwierających krążek, bezlitośnie i konsekwentnie chłoszcze nasze uszy przez całe trzy kwadranse jego trwania, z niewielkimi tylko modyfikacjami kursu, w postaci klawiszowej miniatury In Abhorrence Upon Meadows i wolniejszych fragmentów Helminthiasis. Nie ukrywam, że przy początkowym kontakcie, ta homogeniczność Cosmic World Mother była dla mnie źródłem pewnego rozczarowania. Jestem zwolennikiem dobrze pojętej różnorodności, a tutaj poszczególne kompozycje zdawały się zlewać w stały, grzmiący strumień metalowej masy. Na szczęście, po bliższym poznaniu okazało się, że w tę na pozór monolityczną strukturę Finowie wpletli mnóstwo barwnych motywów i sporo świetnych, wpadających w ucho patentów i melodii, a większość utworów może pochwalić się triumfalnymi riffami, od których po kilku przesłuchaniach trudno się uwolnić. Na puchar w tej dyscyplinie zasługuje okraszona niesamowicie chwytliwym, podniosłym lejtmotifem kompozycja tytułowa, po pietach depczą jej jednak silni konkurenci do podium, w postaci Vigilance And Atrophy i Five Of Swords. Podczas gdy w pierwszej połowie krążka królują kompozycje oparte w większym stopniu o frontalny atak wioseł, z kulminacją w postaci wspomnianego As The Before Becomes The After, w jego dalszych sekcjach nieco więcej do powiedzenia dostaje dział klawiszowy. Oscillator Epitaph, Apokatastasis oraz One Of Light, One Of Soil, nie zdejmując nogi z gazu i ani odrobinę nie słabnąc w natarciu, przerzucają środek ciężkości ku syntezatorowym orkiestracjom, teleportującym słuchaczy do czasów świetności symfonicznego blacku i międzygalaktycznych ekskursji spod znaku choćby Arcturus.

Dwadzieścia lat temu logo …And Oceans było charakterystycznym punktem na mapie świata ekstremalnej muzyki. Nawet jeśli wówczas Finom nie udało się zyskać większego rozgłosu, to dzięki odważnym stylistycznym eksperymentom i sięganiu poza granice gatunkowej formuły, dorobili się czegoś na kształt kultowego statusu. Dziś, odrodzeni i zreformowani, powracają na scenę z syntezą swoich artystycznych poszukiwań sprzed lat, przeformatowaną do dzisiejszych standardów, już nie jako szaleni wynalazcy, lecz obrońcy klasycznej formuły symfonicznego black metalu w północnoeuropejskiej tradycji. I, cholera, trzeba przyznać, że bronią jej w pięknym stylu, miażdżąc konkurencję nawałnicą wypasionych riffów i bezlitosnych blastów, a jednocześnie czarując wszechobecną kosmiczną aurą i utrzymując całkiem spory poziom różnorodności. Jeśli ktoś mocno nastawiał się na kontynuację kierunku obranego przez …And Oceans na Cypher, a kontynuowanego w ramach Havoc Unit, tudzież na stricte elektroniczne klimaty, które panowały na splicie Synaesthesia, to może odejść zawiedziony. Całej reszcie fanów ekstremalnego grania, głodnych soczystego naporu w bezpardonowym, staroszkolnym wydaniu, ale również pobudzającego wyobraźnię piękna, gorąco Cosmic World Mother polecam.

Werdykt: 4/5