Recenzja: Diuna „Golem”

Gatunek: hard rock / stoner / psychedelic
Rok: 2019

Jakoś tak się stało, że zawieruszyłem ostatni album Diuny w tłumie świetnych ubiegłorocznych premier i dopiero teraz udało mi się na dobre do niego wrócić. Mimo jednak, iż Golem nie dostał ode mnie parę miesięcy temu tyle uwagi i miłości, na ile zasłużył, nieustannie pikał na obrzeżu mojego radaru, a teraz, w końcu, doczekał się swojej kolejki do katowania. O odpuszczeniu nie mogło być mowy, jego autorzy są bowiem obecnie jednymi z najciekawszych twórców na polskim okołostonerowym poletku, nawet jeśli wciąż pozostają w totalnym podziemiu. Ich muzykę trudno sklasyfikować – ma wprawdzie niekwestionowanie upalonego ducha, z ciągotami do progresywnych struktur, psychodelicznych, improwizowanych odjazdów i tego charakterystycznego dla gatunku, pozytywnego, pozornego niedbalstwa, lecz wszystko co się w niej dzieje, osadzone jest na zwartym, głośnym hard rockowym rdzeniu, z masą spalonego słońcem, południowego feelingu, ale też wyraźną domieszką heavy metalowego jazgotu, wpadającego nawet w noise czy industrial. Momentami czuję się jakbym słuchał piosenek skomponowanych przez All Them Witches, ale zagranych na zmianę przez Mastodona i Killing Joke. Żeby jednak nie było wątpliwości, niezależnie od porównań, torunianie tworzą sztukę wybitnie swoją i naprawdę niemożliwą do pomylenia z kimkolwiek innym.

Można by powiedzieć, że unikatowość ich piosenek stanowi w dużej mierze zasługę polskich tekstów – wszak w tych rejonach gatunkowych polszczyzna nie jest częstym zjawiskiem, jeśli w ogóle jest – ale byłoby to uproszczenie. Cały charakter wydawnictwa balansuje nieustannie w jedynym w swoim rodzaju, dziwacznym tańcu pomiędzy poezją, a groteską; przymrużeniem oka, a zgrzytaniem zębów; staroszkolną instrumentalną wirtuozerią, a podwórkowym żartem przy piwku. Liryki zaś, i sposób w jaki są zaśpiewane – z imponującą hard rockową swadą z jednej strony i sporą dawką teatralnego ekscentryzmu z drugiej – idealnie się w to otoczenie wpasowują i tym bardziej wżerają się w głowę, jako jego wyróżnik. Najważniejszym osiągnięciem kapeli jest jednak to, że udaje im się pożenić te, zdawać by się mogło, niedopasowane osobowości ich muzyki i zaprzęgłszy je do roboty, wyprodukować garść świetnych kompozycji.

Początek krążka ucieszy spragnionych rasowego stonera – po przejściu przez krótkie, wycięte najpewniej z 30-letniej platformówki Menu, dostajemy na twarz zajebisty, motoryczny, Kyussowy riff Jarmarku Cudów, niosący przebojowe linie charyzmatycznych wokali. Numer niebawem zjeżdża jednak z szerokiej krajówki w kurzową polną drogę, na piknik w wywołującym halucynacje upale, z ziołami, grzybami i kolorowymi kartonikami, według najlepszego przepisu klasyków gatunku. O, Coś chodziło jest dla odmiany prostszy pod względem struktury, bardziej piosenkowy, ale kiedy już wbije swoje haki w nasze głowy, łatwo się od niego nie uwolnimy. Od początku do końca buja się rytmicznie na wybitnie zaraźliwym gitarowo-wokalnym motywie, podając między wersami śliczne mini-solówki oraz inne drobne wioślarskie impresje, i choć jego niemalże urwany finał zostawia mnie z lekkim poczuciem niedosytu, po prostu nie potrafię Dziada Ufoluda nie lubić.

Diuna na każdym kroku flirtuje z klasyką cięższego grania, zwłaszcza z doomem i heavy metalem, ale najodważniejsze wycieczki w te strony mają miejsce w drugiej połowie albumu. W Duchu, galopującym niczym Hole In The Sky, bluesowe groovy ustępują miejsce hard rockowemu jazgotowi. Utwór ciska fale gitarowo-basowego złomu, a zza mikrofonu ponownie nadlatują genialne melodie, nasuwające, tym razem, skojarzenia raczej z Romkiem Kostrzewskim, niż Tadeuszem Nalepą. Lion’s Coś, jeden z moich ulubionych kawałków w zestawie, choć zaczyna się post-punkowo, niemal jak rzecz z repertuaru The Cure, lub Bauhaus, po chwili serwuje ogniste wejście gitary, wrzuca wyższy bieg i krzesze rozkrzyczaną solówę oraz rozwibrowany, pędzący riff, by ostatecznie wylądować na smakowicie walcującym, doomowym zwolnieniu.

Poszczególne numery porozdzielane zostały pochodzącymi z różnych beczek interludiami i jeśli ktoś, wziąwszy pod uwagę same główne dania z karty, ma wątpliwości co do wspomnianego wcześniej ekscentryzmu Diuny, po odsłuchaniu miniatur typu Ryba Z Bagnetem (industrialny metal wprost ze ścieżki dźwiękowej do trzeciego Quake’a, wzięty razem z obowiązkowymi tandetnymi komunikatami), ambientowo noisowe Przeszło lub wyrwana z dyskografii INXS, funkowa Optymistyczna Celebracja, na pewno zmieni zdanie. O ile, zasadniczo, nie jestem fanem takich przerywaczy i zazwyczaj kręcę na nie nosem, to tutaj, zaskakująco, nie mam z nimi problemu –  dzięki większości z nich piosenkowe kompozycje Golema zyskują swego rodzaju spoiwo. No dobra, po namyśle, Ryba… jednak trochę trąci.

Na polskiej scenie powstaje coraz więcej pozbawionych kompleksów, wyrywających się z oklepanej formuły projektów, które nie bawią się w naśladowanie zachodnich gwiazd i budują swą artystyczną tożsamość na własnych warunkach. Diuna zdecydowanie jest jednym z nich. Na swoim drugim krążku chłopaki pokazali, że mają na siebie pomysł, a także pokaźny arsenał środków, by go zrealizować. Dzięki wykonawczej błyskotliwości, świetnym wokalom i rzadko spotykanej smykałce do pisania chwytliwych melodii, w ich muzykę łatwo się wgryźć, wystarczy jednak chwila na jej pokrętnych drogach, by okazało się, że nie ma tu mowy o easy-listeningu. To z kolei sprawia, że ma się ochotę zostać z nią dłużej, poeksplorować i oswoić się z jej dziwactwami. Zdecydowanie polecam dać Golemowi szansę. Ja już kupuję szalik, nawet jeśli taka forma kibicowania toruńskiemu składowi miałaby przysporzyć mi, rdzennemu bydgoszczaninowi, jakiejś formy represji. Naprawdę warto zwrócić na Diunę uwagę.

Werdykt: 4/5

4stars_bl_sm