Recenzja: Omega Infinity „Solar Spectre”

Gatunek: black metal / industrial
Rok: 2020

Omega Infinity to projekt powołany do życia przez Xenoyra, na co dzień odpowiedzialnego za ciemną stronę wokali w Ne Obliviscaris, oraz niejakiego Tentakela, etatowego bębniarza Todgelicher, tu trzymającego pieczę nad całością warstwy instrumentalnej. Macierzyste kapele obu panów parają się graniem mocno zakorzenionej w ekstremie ciężkiej muzyki, nade wszystko jednak barwnej, awangardowej i nie dającej się łatwo zaszufladkować, efekt niniejszej kolaboracji zapowiadał się zatem przynajmniej interesująco. Mój apetyt dodatkowo zaostrzył fakt, że puszczone z wyprzedzeniem w obieg kawałki ewidentnie zwiastowały spójną, kosmiczną koncepcję albumu, a więc temat przewodni bliski moim popkulturowym upodobaniom, dający ogromne pole do popisu nieskrępowanej wyobraźni artystów.

I faktycznie, panowie zabierają nas w trwającą z grubsza trzy kwadranse podróż przez Układ Słoneczny, której program zakłada krótkie odwiedziny na każdej z planet (oraz, dla chętnych, wysłuchanie całkiem ciekawej interpretacji Hosanny Z Piwnic Piekła). Na pewno nie jest to jednak przygoda w stylu Strażników Galaktyki – przestrzeń namalowana muzyką Omega Infinity jest pusta, lodowata i zdehumanizowana, a rządzące nią nieubłagane siły tylko czekają, by rozerwać nasze nic niewarte ciała na strzępy, tudzież zmiażdżyć je potęgą grawitacji. Trzeba oddać Xenoyrowi i Tentakelowi, że idealnie dobrali paletę środków stylistycznych do budowy swojego dzieła, dzięki czemu ta wizja wprost wylewa się z każdej minuty materiału i odciska w wyobraźni bardzo wyrazisty obraz. Możemy naprawdę poczuć się wątłymi obserwatorami, przytłoczonymi ogromem niegościnnego, a zarazem przerażająco obojętnego otoczenia.

Główną materią większości numerów jest black metalowa nawałnica, zalewająca słuchacza gęstymi falami blastów i gitarowego szumu, nierozerwalnie spleciona z elektronicznym podkładem, który nadaje utworom atmosferę nie z tego świata oraz zapewnia niemalże jedyną namiastkę melodii, na jaką możemy tutaj liczyć. Z tej dźwiękowej magmy, kojarzącej się, nawiasem mówiąc, z dokonaniami innego projektu zainspirowanego międzygwiezdną otchłanią, a mianowicie Darkspace, raz na jakiś czas wyłaniają się wyróżnialne motywy instrumentów, po to tylko, by za moment ponownie zapaść w odmęty kolektywnie budowanego jazgotu. Z drugiej strony, Solar Spectre zdradza wyraźne post-metalowe i industrialne ciągoty autorów. Przejawiają się one w transowej, powtarzalnej strukturze kompozycji, w przeplecionych ze wspomnianą blackową masą sekwencjach jednostajnych gitarowo-perkusyjnych ciosów, á la Godflesh, czy Killing Joke, oraz w ambientowych plamach i okrojonych do dosłownie pojedynczych dźwięków zwolnieniach. Dodatkowy nieludzki szlif nadaje płycie jej ultra ciężkie i głośne, przemysłowe brzmienie, potęgujące uczucie alienacji i zagrożenia, krajobraz dopełnia zaś wokalny napór Xenoyra, który wypluwa z siebie wszelkiej maści ekstremalne dźwięki – blackowe wrzaski, grobowy, death metalowy growling i sludge’owe krzyki.

O ile Omega Infinity mogą pochwalić się sugestywnie budowanym klimatem i wyrazistą wizją, i na tym poziomie ich dzieło kupuję, w warstwie kompozycyjnej niestety polegli. Owszem, większość kawałków wyróżnia się tym, czy innym pomysłem (do najlepszych w tym zakresie należą Mars i Jupiter), ale słuchając albumu od deski do deski nie mogę otrząsnąć się ze znużenia, a po skończonej sesji nie bardzo mam ochotę do niego wracać. Mimo pojawiających się tu i ówdzie smaczków i zwracających uwagę aranżacji (mantryczna deklamacja w Marsie, gościnne wokale Marty Braun w Neptune, czy syntezatorowy leitmotif Saturna) spora część stawki – można powiedzieć: jej mięcho – zlewa się w jeden dźwiękowy monolit, z podobnymi, wzajemnie wymienialnymi partiami poszczególnych instrumentów i wokali. W odbiorze nie pomaga też wspomniana brutalna produkcja, na dłuższą metę wywołująca wrażenie obcowania tête-à-tête z zapuszczoną na wyludnionej stacji kosmicznej zagęszczarką drogową.

Jestem przekonany, że ten bezkompromisowo zrealizowany, wyrazisty koncept znajdzie swoich zwolenników, dla mnie jednak sama aura i substancja to trochę za mało, by z czystym sumieniem polecić Solar Spectre. Trzeba jeszcze mieć dobry pomysł jak te klocki poukładać w porywającą opowieść. Na spróbowanie polecam wstąpić na Marsa i Jowisza, ewentualnie zahaczyć o syntezatorową imprezkę w pierścieniach Saturna, a zaoszczędzone pieniądze zainwestować w podróż kosmiczną z innym biurem, na przykład z MithrasInAeona lub Blood Incantation, nie mówiąc o Oranssi Pazuzu.

Werdykt: 3/5

3stars_bl_sm