Recenzja: Divine Weep „The Omega Man”

Gatunek: heavy / power metal
Rok: 2020

Nostalgia za dobrym, zakutym w lśniącą zbroję heavy i power metalem żyje we mnie głęboko, i choć na co dzień raczej nie daje o sobie znać, to od czasu do czasu, jakiś niespodziewany bodziec sprawia, że wyruszam w podróż do krainy rycerskiej muzy, z nadzieją na odnalezienie nieodkrytej dotychczas komnaty skarbów. Tak oto, głodny przygód i pełen optymizmu, sięgnąłem po świeżutki krążek białostoczan z Divine Weep, który parę dni temu ujrzał światło dzienne, nakładem Ossuary Records – nowej wytwórni, parającej się, z założenia, właśnie takim, klasycznym graniem. Według źródeł, korzenie kapeli sięgają lat dziewięćdziesiątych, ale The Omega Man jest dopiero ich drugim pełnym wydawnictwem a sama nazwa nie obiła mi się wcześniej o uszy. Moje zaciekawienie było tym większe, że nasza nadwiślańska scena generalnie nie kojarzy się z jakościowym power metalem. Wprawdzie, całkiem niedawno, zdarzyło się na tym polu parę zwycięstw, takich jak choćby dwualbumowe natarcie Pathfindera (gdzie się ci goście podziali, tak swoją drogą?), albo kilka klasyków autorstwa Crystal Viper, ale poza tym jest jak jest – Polacy zdecydowanie lepiej czują się w black deathowej ekstremie, niż w nerdowskich hymnach o lochach i smokach.

Divine Weep nie należą jednak do wspomnianego ogółu. Heavy metal gra im w kościach – i to nie jakiś napędzany nostalgią vintage, tylko napakowane, współczesne łojenie, z soczystym brzmieniem wioseł i muskularną pracą perkusji, osadzone na powerowym rdzeniu, lecz zagarniające szerokim gestem patenty z innych szufladek, takich jak thrash, czy nawet melodyjny death. Darek Moroz i Bartek Kosacki rzucają na stół soczyste gitarowe mięcho – wymieniają solidnie siekące riffy, thrashowe groovy i szybujące melodie, a basowa podwalina położona przez Janusza Grabowskiego przydaje wszystkiemu namacalnej substancji. W bardziej ażurowych fragmentach kompozycji, na przykład w Mirdea Lake i Riders Of Navia, cztery struny mają też okazję wyjść na pierwszy plan i trochę poczarować.

Divine Weep
Źródło: divineweep.bandcamp.com

Zasiadający za garami Darek Karpiesiuk również trzyma poziom – potrafi potężnie przyłoić kanonadą podwójnej stopy, a nawet precyzyjnie wymierzonym blastem, ale jednocześnie jego grze nie można odmówić dynamiki i różnorodności. Bardzo dobrze wypada na przykład przejście od archetypicznej galopady do bardziej finezyjnych bić w okolicach refrenu Journeyman, a także liczne rytmiczne przełamania w rozbudowanym Walking (Through Debris Of Nations). Daleko mu do jednostajnego tłuczenia, które nierzadko stanowi bolączkę również najbardziej cenionych power metalowych wydawnictw. Niezależnie od warstwy instrumentalnej, bez dobrego wokalu, muzyka ta nie miałaby racji bytu. Na szczęście stojący za mikrofonem Mateusz Drzewicz to bestia, jakich mało na polskim podwórku, a jego głos stanowi ogromny atut Divine Weep. Nie ma może wybitnie oryginalnej barwy, ale rekompensują to charyzma i zróżnicowana paleta środków – od klasycznego podniosłego śpiewu, przez bardziej agresywne partie o jadowitym finiszu, przywodzącym na myśl Warrela Dane’a, czy Oddleifa Stenslanda z Communic, aż do wysokiego skrzeku á la Halford, lub 3 Inches Of Blood, a nawet okazjonalnego growlingu.

Pod względem kompozycyjnym The Omega Man niemalże bez potknięcia utrzymuje solidny poziom, z kilkoma wybijającymi się momentami. Podoba mi się Cold As Metal – stylowy blend powera z buntowniczym hard rockiem, zaopatrzony w jedne z najlepszych melodii na krążku, wpadające w ucho wokalne haczyki oraz energetyczne, zadziorne riffy. Mimo tekstowej sztampy, nie da się mu odmówić genialnej zaraźliwości i trudno wyobrazić sobie bardziej efektywne otwarcie albumu. Journeyman przenosi nas bliżej krainy klasycznego grania w stylu XX-wiecznych europejskich mistrzów. Wjeżdża na deski w pełnym galopie, uzbrojony w podniosłą linię gitary wiodącej i momentalnie nasuwa skojarzenia z I’m Alive Helloween. Po pierwsze jednak ciosy sypią się tu z większym impetem, a po drugie białostoczanie śmielej kombinują z dynamiką i teksturą, co wyraźnie słychać w refrenie, który zrzuca okowy zaciężnej perkusyjnej jazdy, na rzecz subtelniejszych rozwiązań.

W dalszej części albumu znajdziemy kilka numerów sprzedających cięższe oblicze Divine Weep. Za sprawą aranżacyjnych zagęszczeń  i ostrzejszych wokaliz, w Firestone, Screaming Skull of Silence, Mirdea Lake i potężnej kompozycji tytułowej robi się nieco mroczniej, a kropkę nad „i” stawiają pojawiające się tu i ówdzie, całkiem zacnie brzmiące growle. Kawałki te przypominają raczej amerykańskie granie w stylu Iced Earth czy późnego Helstar, niż europejską klasykę gatunku. To właśnie w nich Divine Weep są najbliżsi odnalezienia własnej tożsamości i wyróżniają się na tle konkurencji; mogą porządnie rozwinąć skrzydła, błysnąć pazurami i poszaleć. Wrażenie robi zwłaszcza The Omega Man, idealnie łączący epicką, power metalową galopadę i podniosłe melodie, z agresją i gniotącą intensywnością. To mój ulubiony utwór w zestawie, nawet jeśli drażni mnie zaserwowany w jego końcówce nadęty, hiszpańskojęzyczny chórek.

Poza kilkoma drobnymi aranżacyjnymi potknięciami, takimi jak perkusyjny fade-in w Journeyman, dziwnie skoczny, gryzący się z ogólną tonacją kompozycji refren The Screaming Skull Of Silence, czy wspomniany przed chwilą, patetyczny finał krążka, jedyną ciężką do przejścia wtopę stanowi Riders Of Navia, a właściwie jego balladowa pierwsza połowa, łupiąca w zęby banalną, knajpianą melodyką i zaskakująco kiepską, na tle reszty albumu, angielszczyzną wokalisty. Na obronę należy jednak wspomnieć, że w końcówce piosenka ta bardzo efektownie przyspiesza i udaje jej się wykręcić jeszcze kilka zdecydowanie udanych taktów.

Tak jak napisałem wyżej, The Omega Man to zbiór naprawdę solidnych numerów z masą  profesjonalnej, kopiącej dupę instrumentalnej roboty i sporą ilością zapadających w pamięć motywów, w tym kilkoma znakomitymi. Dzięki charyzmatycznym wokalom, kompozycyjnej różnorodności, zmianom tempa i klimatu, słucha się go z dużą przyjemnością, bez większych zgrzytów. Nawet jeśli brakuje mu jeszcze tego ostatniego, sekretnego składnika, dzięki któremu wystrzeliłby na światowe salony, zdradza ogromny potencjał kapeli i pozwala liczyć na ciekawy rozwój wypadków w przyszłości. Taki klasyczny w duchu, ale nowoczesny w podejściu, robiony na poważnie heavy metal bardzo potrzebuje świeżej krwi, tym bardziej więc dawcy tacy, jak Divine Weep są na wagę złota.

Werdykt: 3,5/5

35stars_bl_sm