Recenzja: Havok „V”

Gatunek: thrash metal
Rok: 2020

Najnowszy Testament jeszcze dobrze nie ostygł po wyjęciu z odtwarzacza, a na łamach Irkalli ląduje kolejny czystej wody thrash. Tym razem jednak postanowiłem sprawdzić co słychać u młodej gwardii, trzymającej ten klasyczny gatunek przy życiu z nie mniejszym zapałem, niż kiedyś jego ojcowie założyciele. Havok, obok kolegów z  Warbringer, Evile, Municipal Waste, czy choćby mojego ulubionego Vektora, stanowi tejże forpocztę i, nie robiąc sobie nic ze spadających mu na głowę zarzutów wtórności, od dekady produkuje staroszkolny metal, z płyty na płytę podbijający serca kolejnych, odzianych w dżinsowe katany, rurki i białe tenisówki fanów. Pytanie, czy oprócz wierności ideałom, Amerykanie mają w zanadrzu sztuczki, dzięki którym ich najnowsze dzieło pokręci się w naszych odtwarzaczach dłużej, a w przyszłości będziemy do niego wracać, czy też wtopi się ono w tłum i pozostanie jedynie cegiełką budującą barwny krajobraz thrashowej sceny XXI wieku.

Otwierające wydawnictwo Post-Truth Era i Fear Campaign bez ceregieli atakują ognistym thrashem, plasującym się niedaleko współczesnych dokonań Exodus i Overkill, skutecznie wprowadzając nas w klimat krążka. Jest więc szybko, są siekące, odpowiednio techniczne, punktowane basowymi szpilami riffy i wszechobecna atmosfera słusznego społecznego wkurwienia, porcjowana w jadowitych, chrapliwych krzykach frontmana. Trzeba przyznać, że Amerykanie się nie opieprzają i każdy ze składników swojej sztuki serwują na szybującym poziomie wykonawczym i kompozytorskim. Wioślarski duet Sanchez – Scruggs piłuje aż miło, kiedy trzeba zasuwa w ponaddźwiękowych prędkościach, innym razem przyjemnie walcuje, ale zawsze pamięta, by trochę pokombinować i nie popaść w bezmyślną młóckę. Brandon Bruce nie zostaje w tyle ani o krok, strzelając z każdej strony intensywnym, technicznym klangiem basu. Dodatkowo, już na wstępie można zauważyć, że V brzmi naprawdę świetnie – nowocześnie, głośno, ale wciąż dynamicznie – a wszystkie instrumenty dostają w miksie należną im ekspozycję. Dzięki temu materiał sprawdza się przy odsłuchu na porządnym sprzęcie muzycznym, a nie tylko w warunkach klubowej zadymy, na którą, nawiasem mówiąc, obecnie trudno liczyć.

Naturalnie, sprawność techniczna i produkcyjna, same w sobie nie czynią jeszcze dobrej płyty. Havok wygrywa jednak tym, że na każdy kawałek z osobna ma nieco odrębny, choć utrzymany w ramach gatunkowej formuły pomysł, co z kolei sprawia, że wszystkie utwory są rozpoznawalne, a album da się bez znużenia pochłonąć w całości. Po dwóch szybkich, wprost stworzonych do moshpitów strzałach na otwarcie, dostajemy fajnego wolniejszego groova w Betrayed By Technology i Ritual Of The Mind, z których drugi wychyla się wyraźnie w kierunku marszowej, Metallikowej tradycji circa …And Justice For All, wpuszczając jednocześnie więcej melodii do linii wokalu. Interface with the infinite nie zmienia tempa, ale rzuca do pierwszego szeregu Brandona Bruce’a z jego błyskotliwą basową wirtuozerią. Po krótkim interludium chłopaki łapią drugi oddech i wjeżdżają na scenę z prawdziwą petardą w postaci Phantom Force, której wynikająca z karkołomnej szybkości siła rażenia kojarzy się z pewnym kultowym dziełem, pewnych bardzo znanych thrashowców spod L.A. Zresztą, pierwsze kilka sekund tego numeru to praktycznie cytat z Angel Of Death.

Cosmetic Surgery wraca na ulicę ze swoim podwórkowym skandowaniem w refrenie i bliskim memu sercu buntem przeciwko medialnym manipulacjom w lirykach. Następujący później Panpsychism to jeden z ciekawszych, a jednocześnie najbardziej odbijający od klasycznego gatunkowego elementarza utwór na krążku. Po krótkim akustycznym intro wchodzi riff, mogący z powodzeniem zasilić repertuar Meshuggah z czasów pomiędzy Destroy.Erase.Improve, a skradające się zwrotki, z charakterystycznymi, prawie szeptanymi wokalami i punktowymi zaczepkami gitar, prowadzą do świetnie napisanego refrenu. Merchants Of Death to kolejny powrót do siarczystego, klasycznego thrashu, ostatni już, przed zamykającym stawkę Don’t Do It, który miał zapewne stanowić klimatyczne zwieńczenie wydawnictwa. Niestety, w ostatecznym rozrachunku jego miarowy, akustyczny walczyk nie robi nic ciekawego i robi się nudny na długo zanim dobrnie do ognistego finału, dowodząc tym samym, że Havok lepiej czuje się w skomasowanym natarciu niż klimatycznym dumaniu.

Wracając do początkowego pytania: czy Havok ma do zaoferowania coś więcej, niż garść kawałków do zasilenia imprezowej playlisty? Jak to zwykle bywa, trudno o jednoznaczną odpowiedź. Nie czarujmy się – jeśli ktoś poszukuje w swoim muzycznym jadłospisie okazji do poszerzenia horyzontów, raczej nie znajdzie tu wiele dla siebie – to nie jest płyta, o której będziemy  mówić za 5 – 10 lat. Nie da się jednak ukryć, że dla fanów thrashu i tradycyjnych metalowych dźwięków w ogóle, cały materiał zebrany na V stanowi najlepszy możliwy prezent, przy którym będą do upadłego machać łbem i wściekle skandować refreny. Amerykanie stworzyli, od pierwszej do (niemal) ostatniej minuty, bardzo solidne, właściwie pozbawione momentów kwalifikujących się do pominięcia czy wykasowania wydawnictwo, które mi osobiście sprawia masę radochy. Jako że daleki jestem od przejedzenia, ponieważ moje codzienne muzyczne menu nie obfituje w thrashe, z przyjemnością wystawiam chłopakom mocną, nawet jeśli nieco subiektywną, czwórę!

PS. Plusik w pamięci dla okładki autorstwa jedynego w swoim rodzaju Elirana Kantora. Nawiasem mówiąc, To już czwarty album z obrazem jego autorstwa, który gości na łamach Irkalli w ciągu ostatnich kilku tygodni. Gorąco polecam jego galerię (www.elirankantor.com) – piękna sprawa.

Werdykt: 4/5

4stars_bl_sm