W Kolejce Do Grania… Vol. 4

Po bardzo mocnym wydawniczym początku roku, na horyzoncie zaczyna majaczyć letni sezon ogórkowy – tym bardziej bolesny, że w obecnej sytuacji możemy zapomnieć o wszelkich festiwalach i imprezach. Niemniej, dużo fajnych premier wielkimi krokami zmierza w naszą stronę, a ja ponownie przedstawiam kilka piosenek z krążków, na które osobiście ostrzę sobie zęby.

1. TyrantHereafter

Gdzie się podział Rob Lowe, ktoś mógłby zapytać? Otóż, jak się okazuje, zgolił pióra, zapuścił brodę (skutkiem czego wygląda zupełnie jak inny znany Rob) i siedzi w składzie Tyrant – zapomnianej amerykańskiej kapeli, która w latach 80. i 90. wypuściła kilka krążków z tradycyjnym heavymetalem. Czy ich comeback, zwłaszcza z tak fantastycznym wokalistą za mikrofonem może się udać? Hereafter to bardzo klasyczny kawał zaprawionego doomem heavy metalu, który może nie stanowi jakiegoś wybitnego artystycznego osiągnięcia, ale działa wystarczająco dobrze, żeby uchronić tych wyciągniętych z sarkofagu dżentelmenów przed odgórnym spisaniem na straty.

2. Hail Spirit Noir – The First Ape On New Erath

Greccy okultyści wracają po kilkuletniej przerwie z kolejną porcją magicznej muzyki. Ich nowy utwór, poza krótkim dogęszczeniem w warstwie instrumentalnej, właściwie nie zdradza konotacji z black metalem, który swym kostropatym paluchem znaczył ich poprzednie wydawnictwa. Wokale są czyste, instrumenty grają z wdziękiem i technicznym błyskiem, a nad wszystkim unoszą się gwiazdozbiory klawiszy, ogólna aura nasuwa zaś skojarzenia z aktualną twórczością Opeth. Kawałek całkiem ładnego proga.

3. PyrrhonAnother Day In Paradise

Wygląda na to, że zbliża się nowy krążek konkurentów Ulcerate w walce o tytuł najbardziej pojebanych tech deathowców na świecie. Podczas jednak, gdy Nowozelandczycy dojrzewają i serwują swoje dźwięki z coraz bardziej wyczuwalną elegancją, Pyrrhon wciąż toczy grindcore’ową pianę spomiędzy wyszczerzonych kłów i na przemian to mieli słuchaczy w pył, to rozgniata na miazgę swoim piekielnym walcem, wykręcając przy okazji od niechcenia błyskotliwe pajęcze riffy i solówki. Polecam, jeśli ktoś chce popsuć sąsiadom izolacyjny balkoning.

4. Greg PuciatoDeep Set / Fire For Water

Solowa twórczość Grega Puciato, jak wnioskuję z jego dwóch premierowych kawałków, nie będzie leżała daleko od dokonań Dillinger Escape Plan. Mniej tu matematycznego, nerwicowego szaleństwa, lecz z powodzeniem zastępuje je industrialny hałas, a sam wokalista wciąż operuje na przemian maniakalnym krzykiem i bardziej melodyjnymi partiami śpiewu. W Fire For Water pałuje nas do nieprzytomności hardcore’owym wkurwem, natomiast w Deep Set eksploruje spokojniejsze obszary swojej muzycznej tożsamości, plasując utwór, pod względem charakteru, w okolicach twórczości Marilyna Mansona i Nine Inch Nails, z połowy lat 90. Jako dawny fan DEP, na pewno sprawdzę krążek po premierze.

5. Lamb Of GodNew Colossal Hate / Memento Mori / Checkmate

Flagowy skład nowej fali amerykańskiego metalu, po różnych perypetiach, wraca na scenę z nowym materiałem. Świeże piosenki to standardowy Lamb Of God, nic dodać nic ująć. Ostatnia z udostępnionych, New Colossal Hate, buja przyjemnym groovem w średnim tempie i stabilnie zapodaje kolejne poprawne riffy w towarzystwie znajomych krzyków Randy’ego Blythe’a. Nie udaje jej się jednak wywołać nawet najmniejszego drgnienia mojego zblazowanego serca. Sytuacja wygląda lepiej w przypadku dwóch wcześniejszych numerów, Memento Mori i Checkmate, które wchodzą na wyższe obroty i oprócz mocnych refrenów niosą wystarczającą dawkę zaraźliwej energii, żeby pobudzić łeb i piąchy do imprezowego pomachania.