Recenzja Książki: „Dla Dobra Metalu”

Autor: Brian Slagel, Mark Eglington
Rok wydania: 2020
Wydanie polskie: In Rock

15 kwietnia premierę na polskim rynku miała książka Briana Slagela zatytułowana Dla Dobra Metalu. Większości fanów ciężkiego grania nazwisko autora nie powinno być obce, a już na pewno świetnie znana jest powołana przez niego do życia instytucja. Chodzi naturalnie o amerykańską wytwórnię Metal Blade, która z żelazną konsekwencją i w bezkompromisowy sposób, od prawie 40 lat promuje ekstremalną (adekwatnie do czasów) muzę, a po drugiej stronie Atlantyku praktycznie ją zaszczepiła. Na przestrzeni dziejów przez boksy tej stajni przewinęły się rzesze dziś już kultowych składów, takich jak Slayer, Cannibal Corpse, Trouble, Immolation, Fates Warning, Gwar, Candlemass Pentagram, a z młodszych Amon Amarth, Black Dahlia Murder, Primordial, Cult Of Luna czy Anaal Nathrakh, zaś kolejni artyści, jak choćby Lars Ulrich, Alice Cooper, King Diamond albo chłopaki z Iron Maiden, orbitowali wokół samego Slagela, stanowiącego swego czasu jeden z głównych filarów metalowego środowiska. Metal Blade do dziś jest jednym z głównych graczy w tym obszarze rynku muzycznego, osobiście zaś przyzwyczaiłem się już do tego, że ich sygnatura na grzbiecie albumu to miarę pewny znak jakości. Fakt, że Brian przez wiele lat niemal samodzielnie ciągnął cały ten heavymetalowy tabor, czyni z niego właściwego człowieka na właściwym miejscu – niewielu innych mogłoby  w tak przekonujący sposób opowiedzieć z pierwszej ręki historię ewolucji ciężkiej muzy, związanej z niej sceny i przemysłu, od kolebki, aż do pędzącej pełną parą epoki szerokopasmowego internetu.

brianslagel-metalblade
Źródło: www.metalblade.com

I faktycznie, czytając tę opowieść można doskonale poczuć atmosferę towarzyszącą początkom tego, co dzisiaj jest olbrzymim biznesem, a wówczas stanowiło dopiero nieśmiałą wizję w głowie młodego zapaleńca i rozwijające się kumpelskie relacje między ziomkami dzielącymi pasję, wymieniającymi niusy i rozpowszechniającymi nagrane na kaseciaku demówki. Dodatkowo, z każdego zdania wychodzącego spod pióra autora bije tak zaraźliwa pozytywna energia, optymizm, a po pierwsze miłość do muzyki, że w trakcie lektury nie sposób oprzeć się pokusie odkurzenia starych krążków i zapuszczenia Show No Mercy, Kill ’em All, King Of The Dead czy Psalm 9, na przemian z Fate Of NornsUnhallowed i Frail Worlds Collapse a kiedy już się to zrobi – odbiera się je na zupełnie nowej płaszczyźnie. Slagel, będący obecnie skarbnicą wiedzy i rozmaitych anegdot związanych z tematem, uznawany przez wielu za wyrocznię w tej dziedzinie, spisał swoje wspomnienia i przemyślenia z gawędziarskim wyczuciem. Udało mu się utrzymać bardzo dobry balans pomiędzy muzycznymi i organizacyjnymi technikaliami, a ciekawostkami z życia sceny i niewymuszonym, branżowym poczuciem humoru. Dzięki temu z jednej strony wydawnictwo posiada fajny flow i po prostu dobrze się je czyta, a z drugiej daje całkiem niezły wgląd w mechanizmy rządzące tą specyficzną odnogą show biznesu i w kulisy codziennej walki o artystyczną wolność wykonawców i utrzymanie się na coraz bardziej skomercjalizowanym, nieustannie przekształcającym się rynku. Unika jednocześnie płycizn, w które zdarza się wpadać zwłaszcza piszącym autobiografię artystom, bombardującym czytelników kolejnymi, niewiele wnoszącymi opisami libacji i ekscesów.

„Długowieczność Metal Blade jest nierozerwalnie związana z wciąż żywą pasją Briana domuzyki metalowej.W moim odczuciu jest on niewątpliwie światowym autorytetem, jeśli chodzi o ciężkie brzmienia. Nie znam nikogo, kto wie więcej od niego na temat heavy metalu i hard rocka. Kombinacja jego wiedzy i świetnego gustu – oto DNA Metal Blade” – William Berrol, prawnik Metal Blade (cytat z książki)

Wisienką na torcie jest forma wydania, która choć nie zwala z nóg ponadstandardowymi rozwiązaniami, cieszy bardzo ładną, sztywną okładką z tłoczonymi ornamentami i logo Metal Blade. Gdybym mógł sobie czegoś życzyć, to świetnie byłoby dostać do ręki obszerniejszą wkładkę ze zdjęciami, bo nawet ta skromna garść obecnie zawartych fotek nieopierzonych facjat młodych Dickinsonów, Lemmych, nieumalowanych Kingów Diamondów i tym podobnych, robi świetny klimat.

Prawdę mówiąc, dawno nie miałem w ręku książki z szufladki „o muzyce”. Kiedyś sporo czytałem biografii moich ukochanych kapel, ale z wiekiem zacząłem dostrzegać podobieństwo takich historii i stopniowo porzuciłem ten rodzaj literatury. W tym przypadku zrobiłem jednak wyjątek i, jak się okazało, słusznie. Dla Dobra Metalu to świetne, przekrojowe opracowanie, stanowiące piękny hołd dla całej sceny i fanów, a także dającą do myślenia prognozę na przyszłość muzycznej ekstremy. Przypuszczam, że dla młodych czytelników taka retrospektywa z czasów sprzed youtube’a, myspace’a, spotify i bandcampa, kiedy metalowy świat była świeży, naiwny, o wiele mniej ludny, ale też nieskończenie bardziej zżyty niż obecnie, i kiedy każdy nowy artysta wydawał się istotny, może być fascynującą wycieczką. Tym zaś co pamiętają z dzieciństwa pierwsze solówki na basie zagrane przez Cliffa Burtona; comeback Mercyful Fate w latach 90. lub pojawienie się plakietek „parental advisory” i dym jaki zrobił się w mediach dookoła krążków Gwar i Cannibal Corpse, z pewnością zakręci się w oku łezka nostalgii.