Recenzja: Hexvessel „Kindred”

Gatunek: folk rock / psychedelic rock
Rok: 2020

Będąc fanem głosu, charyzmy i szeroko pojętej wizji artystycznej Mata McNerneya, staram się śledzić dokonania zespołów, w których akurat macza swe zawsze zapracowane palce. Obecnie są to: folkowy Hexvessel, rockowy Grave Pleasures, i hołdujący jego nieśmiertelnej miłości do wszystkiego co ekstremalne i piekielne, The Deathtrip. Jako, że formułę czystej wody muzyki ludowej odbieram jako dość ograniczoną i przewidywalną, pierwszy z wymienionych składów zawsze plasował się na pograniczu moich zainteresowań, najbardziej zaś trafiał do mnie w tych momentach, kiedy odważnie zbliżał się do granic rocka, dzięki czemu jego muzyka zdecydowanie zyskiwała na uniwersalności. Stąd od debiutu tej leśnej drużyny wolę When We Are Death i No Holier Temple, a po tym jak praktycznie odpuściłem sobie zeszłoroczne All Tree (teraz już wiem, że niesłusznie, ale to temat na następny raz), z uwagą poświęciłem się ich premierowemu wydawnictwu.

Na Kindred Hexvessel powraca bowiem do flirtu z rockiem. Podobnie jak robił to wcześniej, bierze folkowe patenty i rozplata je, doprawione solidną garścią psychodelii, na oszczędniej tym razem skonstruowanym, perkusyjno-gitarowym szkielecie utworów. Mimo jednak, że wzmacniacze bywają podłączone do prądu, nie znajdziemy tu napędzanych elektryką hitów, jakich kilka zagościło na When We Are Death. Nowy materiał jest zdecydowanie bardziej wyciszony i kameralny, stawia w dużej mierze na delikatne, art rockowe struktury, z jedynie krótkimi wizytami w rejonach bardziej intensywnych dźwięków. Niezmiennie króluje tu czarujący wokal McNerneya – łagodny i melancholijny, jak w Magical & Damned, Joy Of Sacrifice czy Fire Of The Mind lub teatralnie niepokojący, choćby w kroczącym transowo á la Swans Phaedra, niezmiennie natchniony tym samym duchem, który przesiąkał jego partie od <Code> po Beastmilk. Towarzyszy mu, obok gitar i bębnów, świta klasycznych instrumentów: skrzypiec, trąbki, pianina i różnych perkusyjnych przeszkadzajek, stanowiących barwne, w wielu miejscach wybitnie sugestywne podszycie albumu. Dzięki doskonałej produkcji, słuchając Kindred i odczuwając niemalże na własnej skórze każde drgnienie basu, czy brzdąknięcie gitarowej struny, można łatwo wyobrazić sobie, że faktycznie trafiliśmy, sam na sam z kapelą, do zaszytej w leśnej głuszy, oświetlonej świecami chaty i naprawdę docenić misternie utkaną teksturę kolejnych utworów.

Mimo fantastycznej aury i brzmienia, Hexvessel niestety nieco zawodzi tym razem na polu kompozycji. Mówiąc krótko, nie wszystko w menu jest w pełni satysfakcjonujące. Wywołująca ciarki na plecach, złowieszcza Phaedra z majaczącą na horyzoncie, jak na planie u Sergio Leone, fatamorganą trąbki; psalmowy Fire Of The Mind; przejmująca ballada o naszej sponiewieranej planecie, Magical & Damned i stylowy, minimalistyczny blues Demian to niekwestionowani zwycięzcy, hipnotyzujący trafiającymi w punkt melodiami i momentalnie rozpoznawalnymi aranżacjami. Na szczególną uwagę zasługuje też progresywny, przywodzący na myśl najlepsze czasy King Crimson i Genesis, Billion Year Old Being, z ciężkim wstępem, odjechaną środkową sekcją w stylu fusion i kojącym, art rockowym finałem. Mimo, że zazwyczaj kręcę nosem na instrumentalne miniatury, nie jestem również w stanie oprzeć się dziwacznemu, klekoczącemu niczym rozstrojony mechanizm zegara Sic Luceat Lux. Pozostałe kawałki – Bog Bodies, Family, Kindred Spirit i Joy Of Sacrifice, po wielu sesjach wciąż przepływają obok mnie, nie zostawiając śladu w pamięci. W ostatecznym rozrachunku daje to Hexvesselowi mniej więcej 60% trafień i, po wybrzmieniu ostatnich nut Kindred, pozostawia mnie z uczuciem zauważalnego niedosytu.

Kiedy jednak muzyka na krążku działa, działa – jak zawsze – bardzo dobrze. Nawet jeśli część kompozycji nie jest tak skuteczna, jak bym sobie tego życzył, dźwięków wyczarowywanych przez Hexvessel słucha się naprawdę wyśmienicie, a najjaśniejsze punkty Kindred spokojnie dorównują, jeśli nie wygrywają z czymkolwiek, co znalazło się na When We Are Death, czyli moim dotychczas ulubionym wydawnictwie zespołu. Z jednej strony żałuję, że całość nie trwa nawet 40 minut, bo z chęcią spędziłbym więcej czasu w tym plastycznym, wciągającym świecie, z drugiej zaś, niewielki rozmiar pozwala mi bez bólu przejść obok słabszych momentów płyty, skutkiem czego, koniec końców, zazwyczaj zdaję sobie sprawę, że mam ogromną ochotę ponownie nacisnąć play.

Werdykt: 3,5/5

35stars_bl_sm