Recenzja: Dopelord „Sign Of The Devil”

Gatunek: stoner doom
Rok: 2020

Myślę, że eksploratorom krajowej sceny i lokalnym konsumentom ziół wszelakich nazwa Dopelord nie jest obca, lublinianie grają bowiem swojego kannabinoidowego dooma już niemal od dekady. Wprawdzie nie zaliczam się do grona prawdziwych koneserów stonerowych brzmień, ale – jak w każdym zakątku metalowej sceny – i tu znajduję masę dobrej muzyki, która aż błaga, żeby się nią poczęstować. O najnowszym dziele naszych bohaterów przypomniał mi kolega z Twoja Stara Gra Metal, skutkiem czego postanowiłem wrócić do Sign Of The Devil i popławić się w dobywających się z niego gęstych, nasączonych oleistym fuzzem oparach.

Nie czarujmy się – muzyka Dopelord nie jest odkrywcza; zresztą, jaki stoner jest? Chłopaki z lubością nurzają się gitarowo-basowej zupie upichconej 40 lat temu przez Sabbathów, a dogęszczonej i doprawionej przez Electric Wizard gdzieś na etapie Witchcult Today. Z jednej strony Sign Of The Devil jest, oczywiście, współcześnie cięższa od dawnych dokonań legendy z Birmingham, z drugiej jednak zdecydowanie bardziej zabawowa i łatwiej przyswajalna niż cokolwiek, co wyszło spod pióra ekipy Jusa Oborna. Nawet jeśli monstrualny riff, na którym wjeżdża The Witching Hour Bell na pewno już gdzieś słyszałem, to zaprzęgnięty do tej piosenki, zestawiony z unoszącą się nad nim melodyjną linią wokalu, tworzy piękny kawałek wchodzącego w mózg jak w masło dooma. Dokładnie taki sam efekt osiąga Hail Satan, tym razem wykorzystując agresywne partie śpiewu, doskonale wpasowujące się w zgrzytający niczym przewalająca się przez uszy rzeka żużlu, bujający pochód wioseł. Kiedy w refrenie gardłowi skandują tytuł w dwugłosie, a na koniec wchodzi kosmiczne syntezatorowe solo rodem z Garego Numana, jestem w metalowym niebie. Heathen nie schodzi poniżej poziomu poprzedników, wywołując już na wstępie szeroki uśmiech zaintonowanymi na modłę Ozzy’ego wersami Leave no cross unturned / let the churches burn / humans turn to light / bloody sacrifice (…) – przypominającymi wprawdzie, że obracamy się wokół dawno zdefiniowanej  formuły, ale jednocześnie, jak dużo potrafi ona sprawić frajdy.

Przy okazji Doom Bastards chłopaki pozwalają sobie na zabawę dłuższą formą, powoli intensyfikując napór przez prawie dziesięć minut trwania kawałka. Tu też zaskoczeń nie ma – wędrówka prowadzi, klasycznie doomową modą, od spokojnego wstępu á la Planet Caravan, przez sekcję okraszonego znów świetną melodią wokalu tradycyjnego, mozolnego łojenia w duchu tego, co słyszeliśmy na początku płyty, aż po archetypicznie rozpędzony, kopiący dupsko finał. Dopelord zdają sobie sprawę, że dobry album należy zakończyć z gwizdem i, aby to potwierdzić, serwują nam na dobranoc błyskawiczny strzał w ryj w postaci Headless Decapitator  – uroczo przegiętego, praktycznie crustowego numeru, tak odmiennego od reszty materiału, że w pierwszej chwili podejrzewałem go o zewnętrzną proweniencję.

Cóż mogę powiedzieć – choć Sign Of The Devil ani na chwilę nie wyłamuje się ze stylistycznych ram, tak pod względem palety środków wyrazu, jak kompozycyjnym (no dobrze, poza zamykaczem), to co robi, robi wybornie efektywnie i stylowo. Krążek zamyka się w zwięzłych 35 minutach i jako taki nie ma słabych punktów – każdy moment wykorzystany został w stu procentach, by oddać najszczerszą cześć spowitemu w zielony dym demonowi dooma, toteż głodnym nowości fanom gatunku mogę polecić go z czystym sumieniem. Dla kogoś, kto szuka skarbów na naszym, polskim podwórku, jest to zaś jazda absolutnie obowiązkowa.

Werdykt: 4/5

4stars_bl_sm