Recenzja: Testament „Titans Of Creation”

Gatunek: thrash metal
Rok: 2020

Są płyty, które żeby docenić, trzeba zwyciężyć, czasem w żmudnej walce. Przebrnąć przez nie w poszukiwaniu piękna lub przynajmniej ogarnialnej struktury. I są płyty takie jak Titans Of Creation, w przypadku których od pierwszych nut czujemy się, jakbyśmy dostali w prezencie pod choinkę nową lśniącą zabawkę, tylko czekającą, by sprawić nam dziecięcą wręcz radochę. Testament zrzesza obecnie ekipę prawdziwych metalowych bohaterów – drużynę marzeń, z niezmiennym gitarowo-wokalnym trzonem w osobach Erica Petersona, Alexa Skolnicka i Chucka Billy’ego, uzupełnionym przez Gene’a Hoglana i Steve’a DiGiorgio na rotujących stanowiskach bębniarza i basisty. Nie trzeba nawet dodawać, że po tak wypasionym składzie można spokojnie oczekiwać najwyższej próby thrashowej rzeźni, a co za tym idzie, masy przedniej zabawy. Jak jednak w zestawieniu z tymi oczekiwaniami wygląda rzeczywistość?

Otóż Titans Of Creation to najrówniejszy zbiór dobrych piosenek w wykonaniu Testament od dawna. Nie twierdzę, że Brotherhood Of The Snake, a tym bardziej Dark Roots Of The Earth były kiepskie – zwłaszcza ten drugi miał w zanadrzu kilka fantastycznych momentów – ale ich najnowsze dzieło od pierwszego do ostatniego utworu bardzo stabilnie trzyma wysoki poziom, czego o wspomnianych poprzednikach nie mogę powiedzieć. Kalifornijczycy rzucają nam na pożarcie niemal godzinę nowocześnie brzmiącej, acz klasycznej (a zarazem, nie da się ukryć, anachronicznej) w swym podniosłym, epickim charakterze, thrashowej jazdy, do której zdążyli nas przyzwyczaić mniej więcej na etapie The Gathering. Wszystkie kawałki, z Dream Deceiver, False ProphetCode Of Hammurabi i singlowym Children Of The Next Level na czele, są wściekle chwytliwe, a jednocześnie dostatecznie rozbudowane w swej strukturze, aby nie popaść w zwrotkowo-refrenowy banał. Posiadają poza tym wystarczający ładunek energii, by rozkręcić jeśli nie antyestablishmentową rebelię, to przynajmniej kilka porządnych, euforycznych młynów na festiwalowych klepiskach.

Właściwie każda piosenka na płycie to popis mistrzowskich umiejętności wszystkich członków kapeli. Chuck Billy jest jak zawsze świetny. Jego potężny głos, płynnie balansujący pomiędzy melodią, a agresją, niesie tak głębokie pokłady dynamiki i charyzmy, że nieustannie chce się śpiewać razem z nim, wygrażając srodze pięścią nikczemnym siłom zła, których przywary tak zawzięcie punktuje. Duet gitarzystów natomiast, numer za numerem wykręca riffy i solówy, mogące stanowić żelazny wzór dla adeptów thrashowej sztuki wioślarskiej. Do moich faworytów należą korkociągowe zagrywy w Dream Deceiver oraz rozpędzone shredy WWIII i Curse Of Osiris, ale żadnej z pozostałych kompozycji również nie da się odmówić zasobu solidnych patentów. Dodatkowo, Steve DiGiorgio ma tu naprawdę dużo do powiedzenia, zwłaszcza jak na realia takiego wysokobudżetowego, mainstreamowego grania, gdzie partie basu często traktowane są najwyżej drugorzędnie i mocno zagrzebane w miksie. Świetnie się słucha jego technicznych wjazdów w nieco akrobatycznie zaranżowanym Symptoms lub choćby zakręconego riffu otwierającego Code Of Hammurabi i tłustych pochodów w Ishtar’s Gate i City Of Angels. Pomruk czterech strun towarzyszy nam właściwie w każdym momencie odsłuchu Titans Of Creation i naprawdę ożywia jego teksturę, która w innym wypadku wiele by straciła. Całość jedzie na ciężkiej, gęstej, choć jak przystało na Gene’a Hoglana, nie pozbawionej wirtuozerskiego połysku i przemyconych tu i ówdzie niuansów perkusyjnej podbudowie. Dostajemy od niego gatunkowy standard, aczkolwiek podany w najlepszy możliwy sposób.

Żeby nie było zbyt słodko, w tym miejscu muszę zgłosić pewne zastrzeżenie, które wprawdzie w żadnej mierze nie pogrąża albumu, ale uniemożliwia mu osiągnięcie statusu klasyka. Napisałem wcześniej, że jest on bardzo równy. Niestety, nie dotyczy to jedynie jakości, lecz także intensywności i ogólnej faktury dźwięku. Każda piosenka traktowana z osobna broni się bez problemu i z powodzeniem mogłaby zasilić koncertową setlistę bądź domowego składaka, kiedy jednak zestawi się całość materiału w niemal godzinną sesję, jednorodność działa na jego niekorzyść. Najatrakcyjniejszym momentom dobrze zrobiłaby odrobina ekspozycji – skontrastowanie z delikatniejszym motywem lub aranżacyjne przełamanie. Zamiast tego dostajemy sążnistą porcję ostrego naporu, bez zwrotów akcji mogących nieco rozruszać wykres emocji towarzyszących odsłuchowi. Żałuję, że muzykom nie udało się przynajmniej zacisnąć pasa i wykroić ze stawki jednej czy dwóch kompozycji, ku chwale pozostałych, nawet jeśli miałbym problem, by jednoznacznie wskazać kandydatów do cięcia. Taki zabieg wystarczyłby prawdopodobnie, by skondensować siłę rażenia płyty.

Spośród leciwych thrashowych ekip, które wciąż walczą na scenie, Testament, podobnie jak Kreator i Sepultura, nie zawodzi i wciąż potrafi sprawić mi sporo radości. Titans Of Creation słucha się bardzo dobrze. Jasne, nie jest to odkrywcze granie, ale też nikt od tych starych wyjadaczy nie oczekuje gatunkowych eksperymentów ani rewolucji. Fakt, że nie osiadają na laurach i z wprawą mogącą zawstydzić młodą gwardię serwują na lewo i prawo tak stylowe gitarowe rzeźbiarstwo, wokalne haczyki i tony potężnych kompozycyjnych ciosów,  jest imponujący. W dzisiejszym muzycznym krajobrazie, gdzie kolejne gwiazdy podobnego kalibru odchodzą do lamusa (Slayer), bądź karmią się głównie swoimi dawnymi triumfami (Metallica), Testament zdaje się przeżywać drugą młodość i choć zapewne nie ma szans przebić się do grona najgorętszych towarów metalowego światka, pozostaje niezachwianym bastionem staroszkolnego metalowego etosu, na którego murach można polegać. Czy do ich najświeższego wydawnictwa będę powracał tak jak do The Gathering i Dark Roots Of The Earth? Czas pokaże, ale póki co, odśpiewując w głowie fragmenty Dream Deceiver, WWIII, False Prophet albo Curse Of Osiris, jestem w stanie postawić na to jakieś pieniądze.

Werdykt: 4/5

4stars_bl_sm