Recenzja: Hyborian „Volume II”

Gatunek: stoner / doom metal
Rok: 2020

Zdaję sobie sprawę z tego, że zaczynanie recenzji od porównań do innych kapel może wydawać się krzywdzące, ale po pierwsze w przypadku najnowszego dzieła Hyborian naprawdę trudno byłoby tego uniknąć, a po drugie wierzę, że sami jego autorzy nie mieliby nic przeciwko, ponieważ na dwóch dotychczas wydanych krążkach obnoszą się ze swoimi inspiracjami z dumą i bez najmniejszych zahamowań. Chłopaki śmiało przemierzają szlaki, wytyczone przez świetliste gwiazdy sceny hard ‚n’ heavy XXI wieku, takie jak High On Fire, Baroness, Elder, a zwłaszcza Mastodon, zbierając po drodze najlepsze rozpropagowane przez nie muzyczne patenty i przekuwając je w swoją własną wersję  kudłatych dźwięków z pogranicza dooma i stonera.

Mimo początkowego uderzenia niemożliwych do przeoczenia podobieństw, po paru przesłuchaniach staje się jasne, że Hyborian dalecy są od bezrefleksyjnego kopiowania. Choć otwierający płytę Driven By Hunger oraz rozpędzony Planet Destructor zasuwają na mięsistych, muskularnych riffach, które mogłyby z powodzeniem wyjść spod palców Matta Pike’a gdzieś w czasach Death Is This Communion, to jako całość pozbawione są stonerowej monotonii i błotnistego prymitywizmu, tak często charakteryzujących twórczość High On Fire, a soniczne ciosy wymierzają czysto i precyzyjnie, niczym dobrze naostrzony topór. Sanctuary Portal natomiast, za sprawą trochę bardziej rozbudowanej tekstury kompozycji oraz wokalnych dialogów między szorstkimi krzykami, a łagodnym śpiewem, momentalnie przenoszą mnie do krainy Crack The Skye, ewentualnie późniejszych dzieł panów spod znaku praprzodka słonia, z tym że znowu nie do końca, bo przecież każdy z tych numerów zdecydowanie wyraźniej kłania się oszczędnemu, klasycznemu ciężkiemu graniu niż zaprawiona bluesem i psychodelią muzyka Mastodona.

Zasadniczo, jak przystało na dzieło przybyszów z ojczyzny Conana Barbarzyńcy, Volume II (podobnie jak jego poprzednik) aranżacyjnie leży dużo bliżej tradycyjnego metalu – dooma, heavy, a nawet thrashu – niż sztuka którejkolwiek z wymienionych wyżej ekip. Dla odmiany od mnóstwa podobnych wydawnictw, zadomowionych pod względem estetyki w usmarowanych dieslem i spalonych słońcem południowych bezdrożach Ameryki,  spowija go epicka, bitewna aura, odczuwalna w nieco podniosłym charakterze kompozycji i lirykach rodem z historii na pograniczu fantastyki i sci-fi. Słuchając kolejnych piosenek mam raczej wrażenie jakbym eksplorował odległe światy i walczył o przetrwanie na międzyplanetarnych tranzytach, niż objeżdżał pickupem ukrytą na zadupiu plantację zielska. Odczucie to potęguje krystaliczna, doskonale zbalansowana i dynamiczna produkcja, sprawiająca, że krążek aż domaga się odsłuchu na porządnym sprzęcie i w takich warunkach sprawia tym większą radochę. Jako taki, ma więc ogromną przewagę nad rozczarowującymi w tej dziedzinie ostatnimi wydawnictwami Mastodon, czy tym bardziej Baroness.

Najskuteczniejszą bronią w arsenale Hyborian jest kolekcja pierwszorzędnych gitarowych strzałów w wykonaniu duetu Ryan Bates / Martin Bush. To że od premiery Black Sabbath, pół wieku temu, wszystkie fajne patenty zostały już wymyślone i przećwiczone nie zmienia faktu, iż serwowanym na Volume II motywom nie da się odmówić fenomenalnej skuteczności. Driven By Hunger otwiera krążek względnie prostym, ale jakże dobrym groovem, sunącym jak rozpędzona osiemnastokołowa ciężarówka, pięknie ustawiając tym samym nastrój albumu. Podobnie prezentuje się choćby Planet Destructor. W pozostałych utworach dostajemy też więcej podkręconych piłek, zarazem rozbujanych i pokombinowanych, w stylu do którego przyzwyczaili nas Brent Hinds i Bill Kelliher, a nawet czarodzieje z Elder, bardziej niż Matt Pike. Do moich ulubieńców należy przechodzący od podniosłego wstępu do gniotącego stompa Stormbound, połamany, naszpikowany harmoniami Portal i wieńczący płytę, potężny In The Hall Of The Travellers. Całość niesiona jest na grzbiecie efektownie kopiącej tyłek, zróżnicowanej warstwy rytmicznej, nadającej kompozycjom tempo i fason.

O ile w dziale instrumentalnym Volume II nie niesie zauważalnych na pierwszy rzut oka zmian względem debiutu Hyborian, o tyle wokalnie jest zdecydowanie ciekawiej. Nie żeby część pierwsza na tym polu kulała –  po prostu praca tandemu gardłowych jest obecnie bardziej elastyczna. Martin Bush zrobił ze swoim donośnym głosem krok do przodu, dzięki czemu ma teraz w miksie więcej miejsca dla siebie. Chwilami, jak np. w  Sanctuary i In The Hall Of The Travellers, jego szorstki krzyk zaczyna wręcz przypominać styl Toma Array’i, co przysparza muzyce przyjemnej energii i tradycyjnie metalowego feelingu. W melodyjnych sekcjach natomiast danie główne stanowią harmonie, utrzymane mocno w duchu wspomnianego już wielokrotnie, znanego zespołu z Atlanty. Raz po raz zdarza się też szczypta dodającego pikanterii niemal-growlingu, a z drugiej strony, partii zupełnie czystego, melodyjnego śpiewu. Wszystkie te składniki, nawet jeśli brzmią znajomo, tworzą wciągającą i barwną mieszankę, która pozwala piosenkom na dobre zadomowić się w mojej głowie i sercu.

Podsumowując wywód, Hyborian, owszem, bierze w rękę sprawdzone klocki, buduje z nich jednak własną sztukę, która choć nieustannie przypomina o swoim gatunkowym rodowodzie, obiektywnie rzecz biorąc jest po prostu zajebiście dobrze poskładana, zagrana i podana. Prawdę mówiąc, wśród kapel parających się obecnie tym konkretnym stylem metalu, trudno jest mi wskazać kogoś, kto robiłby to wyraźnie lepiej, zwłaszcza, że dawni herosi albo osiadają powoli na laurach, albo podejmują dziwne, nietrafione artystyczne decyzje (tak, Baronowo, patrzę na ciebie!). Każdego kogo ciągnie do tłustych stonerowo-doomowych groovów, zaserwowanych w nowocześnie techniczny, a jednocześnie kłaniający się klasyce sposób, zachęcam gorąco do zapoznania się z najnowszą propozycją kwartetu z Kansas – w najbliższej okolicy nie znajdziecie solidniejszej porcji muzyki, by zaspokoić ten głód. Trzymam kciuki, żeby na Volume III udało się chłopakom utrzymać dotychczasowy kurs.

Werdykt: 4/5

4stars_bl_sm