Recenzja: Dark Fortress „Spectres From The Old World”

Gatunek: melodic black metal
Rok: 2020

Niemiecki black metal zawsze wydawał mi się mieć mniejszą bezpośrednią siłę rażenia, niż jego skandynawski protoplasta, jakby naszym zachodnim sąsiadom takie granie w chamskim, nieoszlifowanym wydaniu rodem z mroźnej północy nie bardzo chciało przejść przez gardło. Nie znaczy to oczywiście, że jest zły – po prostu sięgając po płyty weteranów zza Odry, takich jak nasi bohaterowie lub na przykład Secrets Of The Moon, podskórnie szukam czegoś innego, niż gdy biorę do ręki krążek, dajmy na to, Taake. Spodziewam się muzyki nieco mniej obleśnej, szarpiącej flaki i dosadnej, za to dopieszczonej, nastrojowej i soczyście, ciężko brzmiącej; słowem – takiej właśnie, jaką serwuje nam od ładnych paru lat Dark Fortress. Ich poprzednie wydawnictwo, Venereal Dawn, tak sprawnie balansowało na krawędzi między brutalnością, a klimatem i zawierało tak dobre piosenki, że w 2014 roku wylądowało na liście moich ulubionych albumów, a ja zacząłem ostrzyć sobie zęby na jego następców.

Jako, że za sprawą najbardziej eklektycznych, a zarazem najciekawszych numerów z Venereal Dawn, czyli Lloigor, Chrysalis i Luciform, nie mówiąc o eksprerymentalnych wycieczkach Moreana w Alkaloid, miałem nadzieję na dalsze mieszanie międzygatunkowych wpływów, początek Spectres From The Old World okazał się dla mnie pewnym zawodem. Cztery pierwsze pozycje w programie kopią dupę rasowym, niezbaczającym (niemal) z meloblackowej ścieżki napierdalaniem, wprawdzie ze wszech miar solidnym, ale niepokojąco zachowawczym. Nawet intro nie bawi się w zwyczajowe atmosferki, tylko wjeżdża na morderczym blastbeacie. Brzmi to tak, jakby Niemcy postanowili przypomnieć nam, że smaczki smaczkami, ale wciąż największą radochę sprawia im łojenie ekstremalnego metalu dla Szatana. W tym duchu upływa tradycyjnie zwrotkowo-refrenowy, gniotący falami blastów, Coalescence i nieco bardziej rozbudowana, acz wciąż nie tracąca pazura piosenka tytułowa. Pomiędzy nimi następuje lekkie przełamanie naporu w postaci skradających się partii The Spider In The Web, które wprowadzają do mikstury klasyczną już dla Dark Fortress koszmarną okultystyczną otoczkę zagarniającą szerokim gestem motywy z mitologii Cthulhu, demonologii i kosmogonicznych horrorów.

Na etapie kawałka numer pięć zespół robi pierwszy zdecydowany zwrot ku melodyjnym, klimatycznym obszarom swojej muzycznej tożsamości. Pali Aike to chwytliwy, oparty na marszowym groovie hymn, którego skandowany w refrenie tytuł może telepać się po głowie jeszcze długo po wyłączeniu głośników. Niestety, wprawdzie wyróżnia się za sprawą szczególnej formy, ale jest dość jednopłaszczyznowy, toteż przynosi raczej doraźną satysfakcję. Na szczęście druga połowa albumu kryje lepsze kąski. Pazuzu powraca raz jeszcze do bezceremonialnego, gęstego ataku w stylu początku płyty, z nawałnicą efektywnych riffów z pogranicza blacku i melodeathu oraz siarczystych salw perkusji, by w końcu ponownie oddać pole barwniejszym utworom. Trzy kolejne stanową najmocniejszy fragment Spectres From The Old World. Isa to spokojniejsza, rozbudowana kompozycja, która inauguruje istotny udział partii czystego wokalu, rozjaśniającego muzykę niczym promienie słońca odbijające się w tytułowym lodzie, a w końcówce rozkwita w długą, klasycznie heavy metalową solówkę. Dla odmiany skondensowany Pulling At Threads w idealnych proporcjach łączy rozpędzoną rytmikę i black deathową intensywność z melodyjnymi patentami i garściami haczyków, przez co z miejsca staje się kandydatem do podziemnych list przebojów i stanowi jedną z głównych atrakcji krążka. Laur w konkursie na najbardziej charakterystyczny numer zgarnia natomiast następujący po nim In Deepest Time, powściągający nieco jawną agresję, lecz uzbrojony w wyrazistą, podkreśloną przez motoryczną grę gitary rytmikę i najlepsze w zaserwowanym menu, charyzmatyczne melodie.

Spectres From The Old World oferuje pokaźną porcję porządnego melodyjnego grania z pogranicza blacku i deathu; doszlifowanego, dopracowanego w szczegółach (co można docenić już wziąwszy do ręki opatrzoną pięknymi fotografiami limitowaną edycję płyty) i podanego w wysokojakościowym brzmieniu, jakiego należy oczekiwać po sporego formatu kapeli w szeregach jednej z największych wytwórni na rynku. Wypełniającym płytę kompozycjom trudno cokolwiek zarzucić – Santura, Morean, Seraph i Asvargr zdecydowanie wiedzą jak pisać skuteczne kawałki – wystarczająco agresywne, by w miarę zaspokoić fanów ekstremalnych sonicznych doznań, dostatecznie „prawdziwe”, by nie zrazić purystów, a zarazem mające potencjał, by poprzez nastrojowe aranżacje, łagodne wtręty i nośne motywy przyciągnąć ciekawskich zjadaczy bardziej przystępnych, komercyjnych dźwięków. Jakkolwiek jednak piosenki takie jak Coalescence, Pulling At Threads czy In Deepest Time wypadają naprawdę dobrze i wyróżniają się w obrębie albumu, nie trafiają aż tak celnie w punkt, jak to miało miejsce w przypadku wybranych sztuk z Venereal Dawn. Przy całej swej niezaprzeczalnej klasie, Spectres From The Old World oferuje zbyt mało świeżych pomysłów, żeby wybić się na tle silnej konkurencji i w ostatecznym rozrachunku sprawić, że za jakiś czas sięgnę właśnie po niego, w poszukiwaniu dziennej działki hałasu. Już teraz nucę pod nosem transowe frazy Luciform…

Werdykt:

35stars_bl_sm