Recenzja: Psychotic Waltz „The God-Shaped Void”

Psychotic Waltz to nietypowa kapela w szeregu prog-metalowych gwiazd wczesnych lat 90. Za sprawą błyskotliwego debiutu i jego równie mocnego następcy, łączących dość surowo brzmiące, techniczne granie z obłąkanymi melodiami i błazeńskim, zjadliwym klimatem zyskali świetną publicystykę i duży szacunek fanów, a że z marketingowego punktu widzenia siedzieli twardo w podziemiu, wkrótce dorobili się kultowego statusu. Ich powrót do tworzenia, w oryginalnym składzie, po ponad 20 latach ciszy stanowił więc wydarzenie sporego kalibru, choć zarazem jestem pewien, że za sprawą ich relatywnie małej popularności, niewiele osób obgryzało paznokcie w oczekiwaniu. Tak czy inaczej, spokojnie można było spodziewać się po The God-shaped Void przynajmniej materiału wysokiej jakości.

Osobiście miałem kontakt właśnie z ich pierwszymi dokonaniami i nie znam płyt wydanych pomiędzy Into The Everflow, a rozejściem się składu w 1997 roku. Śledziłem natomiast swego czasu post-psychoticowe, w większości naprawdę udane wydawnictwa ich frontmana – Devona Gravesa – pod szyldem Deadsoul Tribe, a wspominam o tym dlatego, że The God-shaped Void nie leży daleko od muzycznej formuły, którą możemy na nich usłyszeć. Po kontakcie z promującym płytę singlem, wydanym kilka tygodni temu, pisałem o rozczarowaniu spowodowanym brakiem staroszkolnego, ekscentrycznego ducha, jakim przesiąknięte były klasyki Psychotic Waltz sprzed dwóch dekad. Obecnie, przegryzłszy się przez całe nowe wydawnictwo, muszę stwierdzić, że z jednej strony owszem, unikatowa, lekko groteskowa melodyka utworów, nasuwająca skojarzenia z wczesnym Genesis i Jethro Tull straciła na jaskrawości, z drugiej jednak o jakimkolwiek rozczarowaniu albumem nie może być mowy.

The God-shaped Void to krążek napakowany minuta po minucie pięknie zaaranżowanymi wielowarstwowymi motywami, ułożonymi w charakterystyczne, zróżnicowane w obrębie spójnego konceptu, przystępne, acz niepokojące w swej wymowie piosenki. Jeśli chodzi o warstwę instrumentalną, Psychotic Waltz A.D. 2020 gra dość nowocześnie. Może nie do tego stopnia, żebyśmy natknęli się tu na djenty, metalcore’owe screamy, czy inne dzisiejsze progowe wynalazki, ale na pewno nie uświadczymy na nim neoklasycznych makaronów w stylu Petrucciańskiej Szkoły Proga. Riffy brzmią muskularnie, podbite mięsistą warstwą dołów i klawiszowymi tłami, a współczesny ciężar doskonale uwydatnia wypasiony mastering w wykonaniu Jensa Bogrena. Album utrzymuje przy tym idealną dynamikę i tempo, równoważąc intensywne fragmenty kawałków delikatniejszymi, akustycznymi ornamentami, nigdy jednak nie pozostając na bezpiecznych wodach na tyle długo, żeby spragnione metalu uszy zaczęły gubić wątek. Nawet najspokojniejsze na liście, The Fallen i In The Silence abstrahując od tego, że lirycznie daleko im do pozytywnej łagodności, koniec końców potrafią przyjemnie przywalić masywną falą dźwięku.

Klejnot w strukturze utworów stanowi charyzmatyczny, zarazem subtelny i złowrogi wokal Devona Gravesa, który ze zwyczajowym natchnionym, aktorskim zacięciem, odpowiednim do myśli przewodniej albumu, tak jak ją rozumiem – konfliktu pomiędzy mrocznymi i jasnymi stronami ludzkiej duszy – konstruuje, numer za numerem, swoje wrzynające się w umysł, barwne melodie. Dzięki zaraźliwym motywom przewodnim, niektórym kawałkom, takim jak All The Bad Men, Pull The String i Sisters Of The Dawn, wystarczy dosłownie jedno przesłuchanie do zagnieżdżenia się w pamięci. Inne wymagają bardziej uważnej sesji, ale i w nich czai się mnóstwo haczyków, tylko czekających, by je łyknąć.

Tak jak w przypadku pierwszych płyt Psychotic Waltz i lwiej części dokonań Deadsoul TribeThe God-shaped Void zbudowany jest ze zwartych, piosenkowych kompozycji, w które łatwo się wgryźć, lecz które dopiero przy wnikliwym odsłuchu odsłaniają pełen wachlarz wplecionych w nie organicznie smaczków i aranżacji, od grubych rzeczy, takich jak partie fletu (markowego instrumentu Gravesa) w Pull The String i Demystified lub misterna akustyczna miniatura we wstępie While The Spiders Spin, po drobiazgi w stylu elektronicznych glitchy w All The Bad Men, skradającej się wężowej grzechotki w The Fallen, czy kosmicznych szumów otwierających Sisters Of The Dawn. Dzięki takiej strukturze i bogactwu, album potrafi wciągnąć jak książka, a po każdy jego rozdział sięga się czekając z niecierpliwością, co będzie dalej.

Inaczej niż w przypadku najnowszej produkcji Demons & Wizards, której oberwało się w poprzedniej recenzji na Irkalli, moje pierwsze wrażenia po zetknięciu się z premierowymi fragmentami The God-shaped Void okazały się mylne. Nawet jeżeli żadna konkretna piosenka sama w sobie nie stanowi jakiegoś piorunującego dokonania, rewolucjonizującego muzyczny krajobraz dekady, całokształt zdecydowanie jest czymś więcej niż sumą swoich, tak czy siak solidnych, części. Prawdę mówiąc, na polu rządzonym dziś przez młodą gwardię, z forpocztą w postaci Leprous, Soen, Sermon i tym podobnych, dawno nie słyszałem tak dobrego, a zarazem tak dobrze trzymającego kontakt z rzeczywistością, klasycznie progresywnie metalowego dzieła. Takie powroty to ja rozumiem!

Werdykt:

45stars_bl_sm