Ikony: „Nightfall In Middle Earth”

Ćwierć wieku temu nie było lepszego power metalu niż niemiecki, nawet jeśli dziś patrzy się na tę muzykę z lekkim politowaniem, a jej narodowościowa przynależność nie jest już tak jaskrawo widoczna jak wtedy, za czasów świetności Helloween, Gamma Ray, Rage, czy armii innych teutońskich składów, z naszymi bohaterami włącznie. Jeśli chodzi o mnie, starego nerda, to choć swego czasu łykałem bez popity prawie każdy dobry power metal, to właśnie Blind Guardian, i właśnie za sprawą Nightfall In Middle Earth naprawdę skradł moje serce, zaś otwierające go wersy:

„The field is lost. Everything is lost. The black one has fallen from the sky and the towers in ruins lie, the enemy is within, everywhere, and with him the light. Soon they will be here.”

są dla mnie bardziej kultowe nawet niż intro do The Number Of The Beast.

Wydaje się, że album ten stanowił w 1998 roku spełnienie marzeń i ambicji dla kwartetu z Krefeld. Co prawda panowie, znani ze swojej miłości do fantastyki, już od pierwszych lat kariery kręcili się wokół Tolkienowskich klimatów, a przy tym stopniowo zwiększali pierwiastek teatralności na kolejnych wydawnictwach, dzięki czemu ich muzyka nabierała kształtów coraz bardziej adekwatnych do ukochanej tematyki, ale dopiero przy okazji Nightfall… poszli absolutnie na całość. Stworzyli dzieło, które można by określić jako metalowy musical, adaptujący wątki Silmarilliona – epickiego, ostatniego dzieła mistrza literatury fantasy. Jednocześnie, inaczej niż w przypadku podobnych zamierzeń, które w ciągu kolejnych lat pojawiały się na rynku, takich jak na przykład dyskografia Ayreon czy Avantasii Niemcom udało się utrzymać kompozycje w piosenkowych ryzach i, choćby za sprawą ograniczenia garnituru wokalistów do jednego, acz jak zawsze genialnego i niezastąpionego Hansiego Kürscha (wspomaganego jedynie przez chórki), nadać im bardzo spójny charakter. Dzięki temu kolejne kawałki: Into The Storm, Nightfall, The Curse Of Feanor, Mirror Mirror, Time Stands Still (At The Iron Hill) i tak dalej, to jeden za drugim, same metalowe hymny.

Ostatecznie szkopuł tkwi więc w tym, że Nightfall In Middle Earth to przede wszystkim fenomenalny, barwny metalowy album, pełen świetnych, tak charakterystycznych dla Guardianów gitarowych zagrywek i spektakularnych aranży, opatrzony najlepszymi na świecie wokalnymi melodiami i nawet w oderwaniu od konceptu, broni się jako jedno z najmocniejszych dokonań w swoim nurcie. Dzięki jednak wplecionej między kompozycje narracji i spajającym muzyczną tkankę fabularnym niciom jeszcze silniej oddziałuje na wyobraźnię i na zawsze zapada w pamięć, zwłaszcza tej rzeszy słuchaczy, którzy traktują prozę Tolkiena jak Biblię. Musze powiedzieć, że spośród wielu płyt przekładających na język metalu historie ze Śródziemia, Nightfall In Middle Earth jest jedną z najtrafniej oddających ducha literackiego pierwowzoru, jakie dane mi było słyszeć.

Na koniec jeden z największych hiciorów z krążka, w świeżym koncertowym wydaniu: