Ikony: „Back To Times Of Splendor”

Niezależnie od wszystkich tych nowych wydawnictw, które jak grzyby po deszczu tydzień w tydzień wyrastają z podziemia, chyba każdy z nas ma swoją subiektywną listę żelaznych klasyków, bez których jego gust nie byłby taki, jaki jest i do których wraca, zmęczony walką, jak do ogniska w jednej z gier From Software. I niekoniecznie muszą to być dzieła obiektywnie wielkie i wspaniałe, cokolwiek to znaczy. Czasem wybór konkretnych pozycji wynika z tego, że po prostu trafiliśmy na nie w odpowiednim momencie w życiu, czasem zaś dlatego, że były pierwszymi jakie usłyszeliśmy z dyskografii ich autorów lub bo po prostu mają to coś, ten trudny do zdefiniowania pierwiastek, który uruchamia produkcję serotoniny w naszych akurat komórkach. Postanowiłem na łamach Irkalli zapoczątkować cykl powrotów do albumów, które dla mnie są takim właśnie kanonem. Kolejność wpisów będzie mniej lub bardziej przypadkowa, podyktowana raczej chwilowym kaprysem niż jakąś konkretną hierarchią jakościową czy chronologią. Na pierwszy ogień, w związku z zeszłorocznym powrotem Disillusion, rzucam na tapetę Back To Times Of Splendor.

Kiedy słucham tego krążka zawsze zadziwia mnie jak bardzo został on przeoczony. Nie mogę powiedzieć niedoceniony, bo ci co na niego trafili, zazwyczaj rozpływają się w zachwytach, ale, cholera, muzyka, którą trio z Lipska, w składzie Andy Schmidt (aka Vurtox) / Jens Maluschka / Rajk Barthel, poczęstowało świat w 2004 roku jest tak zajebiście uniwersalnie dobra, że każdy szanujący się fan metalu powinien zrobić sobie tę przysługę i zasilić nią swoją płytotekę. Rzadko trafia się na tak skuteczne połączenie głębi progresu z gatunku np. Opeth czy Nevermore z impetem melodyjnego deathu, pięknem folkowej melodyki i nowoczesnym groovem tak zwanego „modern metalu”. Idealna kombinacja tych składników, w połączeniu z instrumentalnym wirtuozerstwem artystów i ich umiejętnością pisania wciągających i niezwykle chwytliwych numerów sprawiają, że Back To Times Of Splendor na każdym dosłownie kroku strzela nam między oczy jakimś fantastycznym motywem, a prawie godzinna podróż, w którą Niemcy nas zabierają ani przez moment nie przestaje fascynować.

Wrzucam na zachętę mój ulubiony numer z płyty, ale nie ograniczajcie się! Cały materiał to jazda obowiązkowa. Howgh!