Recenzja: God Dethroned „Illuminati”

Gatunek: melodic death metal
Rok: 2020

Po krótkim, trzyletnim milczeniu, God Dethroned, powracają z premierowym materiałem, jednocześnie stanowiącym zauważalny zwrot ku bardziej melodyjnemu graniu i odchodzącym od królującej na poprzednich wydawnictwach tematyki I Wojny Światowej, z powrotem ku bluźnierczym klimatom, znanym z ich krążków sprzed Passiondale. Henri Sattler, od zawsze lider kapeli, wciąż pozostaje starym dobrym sobą, dzięki czemu, mimo korekty kursu, muzyka Holendrów utrzymuje swój charakterystyczny jadowity styl, balansując na granicy melodeathu i bardziej tradycyjnego deathowego grania, oprawiona w okultystyczne ramy, zbliżające jej wymowę do choćby naszego rodzinnego Behemotha.

Sattler odpowiada tu za gitary oraz wokal i te właśnie elementy, w połączeniu z wachlarzem ciekawych, nastrojowych aranżacji, stanowią najmocniejszą stronę Illuminati. Kostkowane deathowe riffy w najostrzejszych kompozycjach, takich jak Broken Halo, Spirit Of Beelzebub, Satan Spawn i Illuminati, kiedy już się rozhula, są tak samo bezlitosne jak w czasach Ravenous (aczkolwiek nieskończenie lepiej wyprodukowane) i nadal świetnie sprawdzają się jako paliwo dla serwowanej przez God Dethroned inkwizytorskiej pożogi. Z drugiej strony, w Book Of Lies, Eye Of Horus Gabriel, mamy patenty, których dotychczas w dyskografii zespołu było jak na lekarstwo, oparte mocno o melodię, klimat i nośne groovy. Taka dywersyfikacja arsenału dobrze robi albumowi, nadaje mu bowiem rozpoznawalny charakter. Pewną nowość można zaobserwować również w warstwie wokalnej. Oczywiście, jak zwykle, główny oręż Sattlera to jego markowy chłoszczący growling, niezmiennie przekonujący i wściekły. Tym razem jednak piosenki urozmaicone zostały nieco większą ilością ozdobników w postaci czystego śpiewu, co najbardziej uderza w singlowym Spirit of Beelzebub, gdzie stanowi on clue refrenu. Jakkolwiek szczodrzej stosowane, w większości przypadków partie te pozostają wciąż tylko okazjonalnymi smaczkami. I dobrze, bo dodatkowe rozmiękczanie przekazu niepotrzebnie tłumiłoby siłę rażenia tej wściekłej z definicji muzyki.

Problemem Illuminati jest niestety jego zachowawczość w sferze kompozycyjnej i rytmicznej. Prostolinijny szkielet utworów, nawet jeśli względem siebie całkiem zróżnicowanych, powoduje że często brakuje mi substancji, w którą mógłbym się głębiej wgryźć, a na dodatek nie mogę pozbyć się wrażenia, że sporą część zawartych na krążku motywów słyszałem wcześniej już wiele razy, odegraną z większym przekonaniem. Nie oczekuję od God Dethroned jakichś progresywnych odjazdów, bo w ich sztuce nigdy o to nie chodziło, ale mogliby pozwolić sobie na więcej szaleństwa – zbliżyć się do granicy dobrego smaku, jak miewało to miejsce za czasów Bloody Blasphemy, lub dowalić gęstą nawałnicą blastów i rozkręcić piece na maksa, w stylu Passiondale. Przecież to właśnie połączenie Gothenburskiej przebojowości z zakorzenionym w holenderskim podziemiu bezkompromisowym radykalizmem stanowiło zawsze najważniejszy wyróżnik tej zasłużonej hordy. Odpowiedzialna za ten podskórnie odczuwalny marazm jest nieciekawa praca sekcji rytmicznej w wolniejszych numerach. Michiel van der Plicht, choć w ogniu brutalnych kawałków młóci gary niesamowicie, a do tego całkiem plastycznie, w łagodniejszych segmentach zdaje się tracić wenę i nie robi nic szczególnie angażującego, podczas gdy przerzedzona tekstura kompozycji otwierałaby idealne pole dla błyskotliwych manewrów, nadających tej muzyce tak potrzebnego kopa.

God Dethroned dobrze czują się w podziemiu, stąd zawsze maszerowali w drugim, jeśli nie trzecim szeregu armii światowego melodeathu. W związku z tym z jednej strony nigdy nie udało im się osiągnąć kasowego sukcesu, z drugiej zaś przez lata dochrapali się kultowego statusu, a ich artystyczna wiarygodność pozostała nienaruszona. Illuminati nie ma szans wywindować tych starych diabłów na wyższy poziom komercyjnej egzystencji, ale też w najmniejszym stopniu nie przynosi im wstydu. Jest po prostu solidną pozycją w ich obszernym katalogu, na której bez problemu znaleźć można kilka porcji wysokojakościowego piekielnego mięcha, nawet jeśli całe menu pozostawia pewien niedosyt. Osobiście liczę na to, że jeszcze nie raz dostaniemy od nich po twarzy ognistym, szatańskim wyziewem, tym bardziej, jeśli będzie on skutecznie połączony z nowo odkrytym aranżacyjnym przepychem.

Werdykt:

35stars_bl_sm