Recenzja: Fliege „The Invisible Seam”

Gatunek: industrial / black metal
Rok: 2020

Trudno powiedzieć, jakiej muzyki można się spodziewać po zespole o nazwie Fliege (niem. „Mucha”). W każdym razie metal niekoniecznie jest tym, co pierwsze przychodzi do głowy. Niemniej jednak, czego łatwo się domyślić biorąc pod uwagę to na jakim blogu jesteśmy, twórczość Amerykanów występujących pod tym szyldem właśnie metalem jest, a dokładniej, niecodziennie brzmiącą mieszanką blacku i elektroniki.

Podczas gdy większość zespołów miksujących wspomniane dwa nurty ma tendencję do potęgowania naturalnej nieprzystępności tradycyjnego black metalu za pomocą pełnego przesterów przemysłowego hałasu, przez co ich muzyka grawituje w kierunku totalnego, zdehumanizowanego chaosu, Fliege obierają trochę inny kurs. Z blacka czerpią głównie wściekłe wokale, brudne, szorstkie brzmienie i ogólną aurę mistycyzmu, z industrialu zaś automatyczny, zagliczowany rytm, kosmiczne syntezatorowe tła i pewien charakterystyczny rys w brzmieniu wioseł, kojarzący się z rzeczami typu Killing Joke, Ministry, czy np. Gravity Kills. Do tej palety wplatają sporo innych, pochodzących z przeróżnych rejonów muzycznego spektrum motywów, a całość ubierają w czytelne, przebojowe kompozycje, którym bliżej do dokonań Samaela circa Passage i The CNK, niż starego Aborym, Control Human Delete, czy Blacklodge.

Jednym z najciekawszych i najbardziej charakterystycznych patentów, budujących charakter The Invisible Seam jest wokalna wymiana pomiędzy screamami Petera Rittwegera, a czystymi zimnofalowymi zaśpiewami Colemana Bentleya. Pierwsze są potężne, odpowiednio paskudne i surowe, przez co dają muzyce eleganckiego kopa, drugie zaś wprowadzają nieziemską, wywołującą ciarki na plecach atmosferę i genialnie budują koloryt albumu. Świetnymi przykładami efektywnego wykorzystania tego zabiegu są A Confession, piosenka tytułowa oraz mój ulubiony numer, czyli najciekawiej zaaranżowany Blood Of The Earth. Wspomniałem o pracy gitar – choć Bentley, odpowiedzialny według dostępnych informacji za wszelkie wioślarstwo, miejscami dokłada do pieca na blackową modłę, w większości przypadków operuje niemalże tradycyjnymi zagrywkami, których nie powstydziłby się jakiś współczesny heavymetalowy skład w stylu Sumerlands. Podane w industrialnym, chrupkim brzmieniu, na tle elektronicznych mazów, stanowią kolejny niecodzienny, i niecodziennie udany, element stylu Fliege. Gdy dodamy do tego gustowne, klasyczne, choć nieco schowane w otchłannym pogłosie mikrosolówki i balladowe, akustyczne podchody jak choćby w pięknym The Censer, okazuje się, że wbrew temu, czego zwykle oczekuje się od industrialu i blacka, The Invisible Seam ma w dziedzinie instrumentalnej finezji całkiem sporo do zaoferowania.

Równie ważny, jeśli nie ważniejszy składnik feelingu krążka stanowi jego warstwa elektroniczna. Zazwyczaj linie automatu perkusyjnego traktuję jako płaski erzac naturalnych bębnów. Tutaj jednak, częściowo za sprawą tego, że przesterowany, uporczywy bit jest bardzo świadomie zastosowanym elementem, bez którego The Invisible Seam znacznie straciłby na atmosferze, a częściowo dzięki uzupełniającemu go barwnemu krajobrazowi tworzonemu przez gitary, klawisze i wokal, wszystko doskonale siedzi, a ja nie mógłbym być dalszy od zgrzytania zębami na brak żywego bębniarza. Zasiadający za laptopem, konsolą, czy innym keyboardem Chris Palermo także staje na wysokości zadania, łącząc kompozycje spoiwem kosmicznych podkładów, których nie powstydziłaby się niejedna space opera, tudzież cyberpunkowa dystopia (patrz na przykład Love Plague czy A Confession).

To co sprawia, że The Invisible Seam już od premiery gości regularnie w moich słuchawkach i nie zamierza dać się bez walki odłożyć na półkę, to fakt, że panowie z Fliege układają ze swoich klocków kozackie, zwarte piosenki, z których każda zawiera taki zapas energii kinetycznej, że mogłaby z powodzeniem zostać efektownym singlem, a jednocześnie każda ma własną tożsamość i rzuca na stół jakieś nowe karty. Dodajmy do tego perfekcyjnie sugestywny, konsekwentnie budowany klimat i ciężką, zimną a zarazem pełną przestrzeni i naturalną produkcję, a dostaniemy jedno z najciekawszych dzieł ostatnich miesięcy, a w konsekwencji mocnego kandydata do rokrocznego podium. Mam nadzieję, że w grudniu będę do niego wracał równie chętnie co teraz.

Werdykt:

fivestars_bl_sm