Recenzja: Aether „In Embers”

Gatunek: melodic death metal / power metal
Rok: 2019

Dobrze widzieć jak polska scena, jeszcze do niedawna skoncentrowana, skądinąd z dużym powodzeniem, na negatywnym ekstremum, z roku na rok otwiera się na cały kalejdoskop metalowych podgatunków, także tych mniej brutalnie nieprzystępnych. Na wciąż zyskującym popularność poletku epickiego, inspirowanego power metalem melodeathu, obok dużych nazw typu Wintersun, Kalmah i Equilibrium, zaczęło ostatnimi czasy przebłyskiwać logo młodego składu Aether. Łódzki kwintet zadebiutował pół roku temu krążkiem In Embers, przy którego nagrywaniu skumał się z fińskim bębniarzem Rolfem Pilve (na co dzień między innymi w Solution .45 i Stratovarius) i garścią innych gości, w tym z Vincentem Jacksonem Jonesem, gardłowym Aether RealmZawarta na nim gatunkowa hybryda łączy power metalowy patos, melodykę i epicki narracyjny potencjał z deathowym impetem i satysfakcjonującym ciężarem, przy czym proporcje obu wpływów dobrane są w taki sposób, że przeciętny fan dobrego powera powinien łyknąć je w miarę bez popity, ale już melodeathowi tradycjonaliści ryzykują przypłacenie kontaktu konkretną hiperglikemią. Jako, że osobiście przygodę z metalem zaczynałem od pierwszego z tych nurtów, moje sesje z In Embers przebiegały całkiem gładko i kolejne opowieści serwowane przez Aether przyswajałem z przyjemnoścą.

Można śmiało powiedzieć, że nie da rady sensownie robić tego rodzaju muzyki nie posiadając solidnego zaplecza umiejętności technicznych. Łodzianie, eufemistycznie rzecz ujmując, stają na wysokości zadania, bez zająknięcia i z reguły w galopujących tempach wywijając siarczyste techniczne riffy i solówy, takie jak choćby motyw, na którym buja się, niczym kufel piwa w kosmatej łapie wikinga, zwrotka Tale Of Fire, lub jak niekończący się strumień neoklasycznego dobra niosący moją ulubioną piosenkę na krążku, mianowicie Wildfire Within. Podobnymi wysokojakościowymi zagrywami chłopaki sypią jak z rękawa. Do tego dochodzi zróżnicowana perkusja autorstwa wspomnianego prominentnego gościa z Finlandii, wprawdzie trzymająca się gatunkowych standardów, lecz jednocześnie zróżnicowana i żywa, a także najbardziej deathowy element tej mikstury, czyli szczerze jadowity, acz szczęśliwie nieprzerysowany growling wokalisty. Na równi z tymi składnikami stoi ociekająca przepychem, stanowiąca tu główne źródło węglowodanów warstwa symfoniczno-klawiszowa, tak charakterystyczna zwłaszcza dla fińskiego metalu, z którego to krainy, nota bene, pochodzi odpowiedzialny za nią, kolejny gość w składzie kapeli. Jedno jest pewne: na dobre i na złe, Aether nie cofa się przed zastosowaniem żadnej ilości bombastycznych symfonicznych salw, dzwonków, cymbałków, i innych tego typu ozdobników, by uczynić swą sztukę bardziej podniosłą i baśniową, z tym że miejscami składnik ten jest bardziej wyeksponowany (Silver Eyed Fox, Elements), gdzie indziej zaś akcent położono na ciężar tradycyjnego instrumentarium (Wildfire Within, Tale Of Fire, Last Battle). Wszystko to ładnie siedzi i tworzy spójny, przekonujący, a co najważniejsze przy takiej muzyce – wciągający krajobraz, a jedyny zarzut jaki mam do doboru środków wyrazu dotyczy okazjonalnych czystych wokali. O ile jeszcze zaproszony w gości Artur Rosinski ma swoje fajne trzy sekundy á la Blind Guardian w końcówce Tale Of Fire, o tyle w pozostałych partiach tak on, jak Aneta Sikorska prezentują się najwyżej poprawnie, głównie jednak niepotrzebnie podnoszą stężenie glukozy we krwi ponad i tak już niebezpieczny dla zdrowia poziom.

Brawa natomiast należą się zespołowi za pracę kompozytorską, której efekt stanowi moim zdaniem największą i najbardziej istotną zaletę In Embers. W obrębie swoich stylistycznych ram materiał zdradza szeroki wachlarz inspiracji – od klasycznego symfo-powera w The Golden Eyed Fox, przez śmiały flirt z folkiem w szantowym Tale of Fire, Valhalla (dzien dobry Eluveitie) i The Forest, istną przaśną orgię w hołdzie Equilibrium w The Last Battle, aż po bardziej bezpośredni, melodyjno deathowy napór wspomnianego Wildfire Within i szybujący, piękny pejzażowy hymn Insomnia. Ku mojej niekłamanej radości czas trwania piosenek oscyluje wokół pięciu minut, dzięki czemu absolutnie nie ma tu mowy o nudzie czy dłużyźnie, zwłaszcza, że autorzy zadbali o to, by nawet w ramach pojedynczych kompozycji nieco zamieszać, serwując klimatyczne zwolnienia i spektakularne finały i od czasu do czasu uciec od schematycznego przeplatania zwrotek i refrenów.

Czy Aetherowi uda się zaistnieć na szerokich wodach? Z jednej strony potencjał zaklęty w In Embers dobitnie pokazuje, że mają ku temu żelazne predyspozycje, z drugiej zaś, póki co ich muzyce brakuje pierwiastka wyjątkowości, który pozwoliłby im zdecydowanie wybić się przed tłum, nawet jeśli za sprawą wyśmienitego kompozytorstwa i pełnego profesjonalizmu wykonawczego stanowią tego tłumu pierwszy szereg. Jednocześnie, biorąc pod uwagę fakt, że mamy do czynienia z dopiero debiutanckim, a już tak wypasionym dziełem, bramy Hali Bohaterów wydają się przed tym łódzkim drakkarem stać otworem. Trzymam kciuki, a niezależnie od tego co chłopaki wysmażą w przyszłości, z pewnością będę wracał do Bialego Liska o Zwęglonym Oczku, zwłaszcza że do wysokiej jakości rycerskiego metalu nie miałem ostatnimi czasy szczęścia.

Werdykt:
4stars_bl_sm