Recenzja: The Offering „Home”

Siedzę już w metalu tyle lat, że dość trudno mnie zdziwić. Wiadomo, pojawi się okazjonalnie jakaś ciekawostka, ale zazwyczaj okazuje się ona międzygatunkowym mariażem o niewielkiej żywotności (np. Zeal & Ardor, czy Batushka), albo niestrawnym dziwadłem, którego nie bez powodu nikt wcześniej nie próbował ucieleśnić (np. Igorrr). Z tego powodu, i zapewne moja w tym strata, z coraz większą rezerwą podchodzę do muzyki reklamowanej jako eksperymentalna, eklektyczna, awangardowa i tak dalej. Mimo tego ogólnego nastawienia, wiedziony kaprysem, wrzuciłem niedawno do odtwarzacza zeszłoroczny pełnopłytowy debiut The Offering, o którym słyszałem skądinąd, że jest jednym z bardziej nietuzinkowych wydawnictw ostatnich miesięcy i zdecydowanie podpada pod stylistyczny zbiór wspomniany powyżej. Bazując na doniesieniach, prawdopodobieństwo sukcesu obliczałem na jakieś 25 procent.

Los jednak okazał się wybitnie łaskawy. Owszem, główna myśl, która pojawiła się w mojej głowie podczas pierwszych minut w towarzystwie Home to „Co tu się odpierdala?!”, lecz, szczęśliwie, zaraz po niej nadeszła druga: „Cholera, ale to jest dobre!”. Czego na tym krążku nie ma! W oparciu o z grubsza power/heavy metalowy rdzeń, The Offering zbudowali machinę, czerpiącą garściami z tylu różnych szuflad, że ich zidentyfikowanie może zająć przynajmniej kilka odsłuchów. Mamy tu power metalowe galopady, z korkociągami przegiętych neoklasycznych solówek á la Dragonforce (Waste Away) sąsiadujące z nowoczesną agresją w stylu końcowego Strapping Young Lad, czy dzisiejszych melodeathowych blockbusterów. Są też techniczne thrashowe wycieczki z rejonów Nevermore (A Dance With Diana i Lovesick), zasilane blastami, chamskie deathcore’owe napieprzanie po mordzie (Failure (S.O.S.)) oraz Slipknotowe, fighterskie bity (Ultraviolence), a wszystko to podane z intensywnością podkręconą do najwyższych obrotów i doprawione teatralną atmosferą kojarząca się niekiedy z solowymi dokonaniami Devina Townsenda, czy nawet z szaleńcami z Unexpect. Do tego dostajemy hiper przebojowe refreny, którym czasem bliżej choćby do Korna (Hysteria) niż jakiegokolwiek tradycyjnego powera o smokach i rycerzach. Płynne przechodzenie od jednego zajebistego motywu do drugiego (robota wioślarzy to majstersztyk) i żonglerka rytmiką w tak gęstej i zróżnicowanej muzycznej układance musi wymagać od zespołu niesamowitych umiejętności i należy chłopakom oddać, że doskonale dają sobie z tym radę, dosłownie prześcigając się w serwowaniu najefektowniejszych wjazdów. Osobna uwaga należy się wokaliście. Jego płuca, charyzma i skala pozwalają mu wykrzesać jedne z najlepszych obecnie heavy metalowych wokaliz na rynku – jednocześnie jadowitych i podniosłych, ale po pierwsze – zajebiście wręcz potężnych. Oprócz tego, gdy sytuacja tego wymaga, sięga po wściekłe wrzaski, rasowy growling oraz melodyjne, teatralne zaśpiewy, a każdy z tych środków wypada równie przekonująco.

Niezależnie od technicznego wirtuozerstwa i profesjonalizmu muzyków, kluczowym aspektem sprawiającym, że cały ten cyrk ma ręce i nogi, są klasyczne, piosenkowe ramy kompozycyjne, w które został ujęty. Nawet jeśli kolejne partie utworów naszpikowano zwrotami akcji i zmianami klimatu, jakich nie powstydziłby się Dani Filth, narracja jest skupiona i w końcu zawsze wpina się z powrotem w główny tor, by na dobre utrwalić się w pamięci. Ogólny charakter płyty, tak w zakresie tonu jak i brzmienia, jest także w każdym momencie perfekcyjnie spójny. Dzięki temu, przy całym swoim formalnym rozbuchaniu, zdolnym wykoleić mniej wprawny skład, numery z Home, z Lovesick, Failure (S.O.S.), Hysteria i A Dance With Diana na czele, okazują się jednymi z najefektywniejszych, a zarazem najbardziej nietuzinkowych metalowych hiciorów jakie dane mi było w ostatnich latach usłyszeć. Udaje im się też uniknąć runięcia bezpowrotnie w przepaść bombastycznego kiczu, bo, mimo, że odważnie z nim flirtują, pozostają mocno zakotwiczone w gruncie przez swoją thrashowo-core’ową intensywność i niepokojącą atmosferę, współtworzoną przez osobiste liryki, traktujące raczej o walce z wewnętrznymi, niż fantastycznymi demonami.

Właściwie za każdym razem jest tak, że tuż po opublikowaniu listy najlepszych płyt danego roku, trafia w moje ręce dzieło, które bezapelacyjnie powinno się było na niej znaleźć. Podobnie teraz, Home jest właśnie takim wydawnictwem. Panowie z The Offering rzucili rękawicę wszystkim obecnie grającym kapelom oscylującym wokół klasycznego heavy/powera i jego progresywno-technicznych przyległości i już w pierwszym starciu dosłownie wdeptali konkurencję w ziemię, pokazując jak należy tę muzę grać na współczesną modłę, korzystając z nieograniczonego wachlarza środków wynalezionych przez prawie pół wieku jej istnienia. Jeśli już na starcie byli w stanie napisać zestaw tak dobrych numerów, nie mówiąc o samych umiejętnościach technicznych potrzebnych do jego odegrania, to jestem bardzo ciekaw, jakie dźwięki z ich obozu przyniosą kolejne lata i czekam niecierpliwie na cokolwiek, co postanowią rzucić słuchaczom na pożarcie.

Werdykt:

fivestars_bl_sm