20 Najlepszych Płyt 2019 cz. 1 (20-11)

Rok 2019 za nami, a Irkalla jak zwykle działa od okazji do okazji. Tym niemniej, nie mogłem sobie odmówić napisania paru zdań o moich ulubionych krążkach minionych dwunastu miesięcy, zwłaszcza, że obrodziły one w doskonałe wydawnictwa niebywale wręcz obficie. Wobec tak małej aktywności na blogu postanowiłem dobrze wykorzystać chwilowe wakacje i tym razem zebrać nie dziesięć, a dwadzieścia płyt, których towarzystwo było dla mnie w ostatnim czasie najcenniejsze. Wydawać by się mogło że to sporo, ale gdy składałem podsumowanie do kupy, wciąż przychodziły mi do głowy kolejne pozycje, którym naprawdę niewiele zabrakło, by się w nim znaleźć, czy to zupełnie mainstreamowe, jak np. ostatnie krążki Amon Amarth, Soilwork, Children Of Bodom, Alter Bridge, Cattle Decapitation i Slipknot, czy mniej popularne dania, autorstwa choćby Sermon, The Neptune Power Federation, Chelsea Wolfe, Misþyrming lub Idle Hands. W związku z takim natłokiem zajebistych premier rozszerzenie listy finalistów uznałem za jak najbardziej uzasadnione, a ich krótkie opisanie sprawiło mi niekłamaną przyjemność. Tak więc, bez zbędnego przedłużania, przedstawiam poniżej część pierwszą artykułu, czyli drugą dziesiątkę płyt stanowiących absolutną crème de la crème tegorocznej metalowej (z małymi rockowymi skokami w bok) uczty.

20. TýrHel

Tyr - Hel

Hel to jedno z najsmaczniejszych mainstreamowych metalowych dań w moim tegorocznym jadłospisie. W porównaniu z Valkyrją z 2013 roku zawiera dużo mocniejsze kompozycje, zachowując jednocześnie nabyte parę albumów temu tłuste brzmienie i potężny napęd sekcji rytmicznej. Nawet jeśli całości materiału jest ciut za dużo, każdy numer z osobna to lśniące złoto, zgrabnie balansujące na krawędzi między skandynawskim folkiem, a nowoczesnym grooviącym, naszpikowanym potężnymi riffami heavy / powerem i zaserwowane w niepodrabialny Tyrowy sposób. Sam otwierający płytę Gates Of Hel był jednym z najczęściej odtwarzanych przeze mnie imprezowych metalowych singli, a podobnych strzałów jest tu mnóstwo. Mam sentyment do tych Farerów od czasu kiedy pierwszy raz zobaczyłem ich, dawno temu, na deskach Bazyla w Poznaniu i zawsze cieszy mnie, jak wypuszczają udaną muzę.

19. InsomniumHeart Like a Grave

Insomnium - HLAG

Album za albumem ci Finowie budują sobie coraz mocniejszą markę. Heart Like a Grave to zestaw porządnych numerów, siekących w myśl najlepszej gothenburskiej tradycji, skąpanych w melancholijnej, epickiej aurze rodem z Kraju Tysiąca Jezior i uzupełnionych z wyczuciem melancholijnymi, północno-folkowymi akcentami. Melodeath w swojej czystej, użytkowej formie á la Arch Enemy czy Children of Bodom nieszczególnie mnie rusza, ale okraszenie go kilkoma takimi właśnie magicznymi składnikami nadaje mu fantastycznej głębii. Melodyjny death metal rozpoczął w mijającym roku marsz z zapomnienia ku światłu dnia, a Insomnium, wypuszczając Heart Like A Grave, przyjęli rolę jego głównych heroldów. 

18. Leprous Pitfalls

Leprous-Pitfalls

Jedyną płytą w dyskografii Leprous, która mi kompletnie nie podeszła, była Malina sprzed dwóch lat. A jednak, każdy z ich pozostałych albumów również borykał się z bolesnymi (zwłaszcza kompozycyjnymi) mankamentami, zamieniającymi odsłuch w momentami męczące doświadczenie. Pitfalls jest łatwiejszy w odbiorze niż wszystko co Norwegowie zrobili do tej pory, momentami wręcz popowy. Może to być traktowane jako jego minus, ale ja nie mogę się oprzeć wrażeniu, że właśnie teraz wszystkie komponenty ich stylu wskoczyły na swoje miejsca i maszynka zadziałała jak trzeba, wypluwając przy okazji garść fantastycznych kawałków (Below, Alleviate, I Lose Hope, Foreigner, At The Bottom). Tylko jeśli ktoś nie może znieść piania pana Solberga, niech postara się trzymać z daleka, bo to on bezsprzecznie gra tutaj pierwsze skrzypce, a jego linie wokalne stanowią gwóźdź programu (lub jak kto woli – do trumny) większości numerów.

17. RammsteinRammstein  

Rammstein - Rammstein

Wydawać by się mogło że Rammstein lata świetności ma dawno za sobą i w dzisiejszych czasach nie jest w stanie nikomu zaimponować, nikogo zainspirować, a już na pewno zaszokować. Ja również po ich najnowszym dziele spodziewałem się w najlepszym wypadku odsmażanych kotletów, smacznych wprawdzie, ale na pewno mało ekscytujących. Berlińczycy tymczasem, wbrew moim obawom, udowodnili, że wciąż mają w sobie to, co zapewniło im status jednej z największych, jeśli nie w ogóle największej na świecie gwiazdy nowoczesnego hard rocka. Rammstein to zróżnicowany i maksymalnie dopieszczony muzyczny blockbuster, absolutnie bezkonkurencyjny na swoim polu, gdzie niemal każda piosenka to killer, którego żadna inna kapela nie mogłaby nagrać, a pojedyncze mogą spokojnie stanąć w szranki z największymi szlagierami w historii kapeli. Nawet jeśli w kilku (dosłownie dwóch – trzech) przypadkach loty są nieco obniżone, to i tak jest to wysokość przelotowa małych Boeingów. Do samochodowego radia, jak znalazł – idealna muza na niemieckie autostrady.

16. KampfarOfidians Manifest

Kampfar - Ofidians Manifest

Kampfar nigdy wcześniej mnie nie zawojował, ale z albumu na album byłem coraz bardziej pewien, że w końcu, nieuchronnie, musi to nastąpić. W dobie agonii archetypicznego norweskiego blacka, ostatnie dokonanie Dolka i jego ponurej ekipy barbarzyńców lśni szczerym, smolistym złotem i zajadle broni honoru ojczyzny gatunku. Kampfar anno 2019, jak zawsze, szarpie się, gryzie, pluje jadem i rozdaje siarczyste ciosy, pozostając jednak tym razem w idealnej równowadze pomiędzy charakterystycznym wściekłym rdzeniem i dopiero niedawno odkrytymi, a teraz wreszcie dojrzałymi, epickimi aranżacjami i wycieczkami w stronę przystępności. Wszechobecny rasowy, surowy Dolkowy wpierdol dodatkowo chroni kompozycje przed popadnięciem w kicz i sprawia, że są one w pełni przekonujące. W tegorocznym pochodzie wypasionych blackowych wydawnictw Ofidians Manifest znajduje się w ścisłej czołówce.

15. KraterVenenare

Krater - Venenare

Jak na człowieka, którego nigdy nie kupiły harce rodzimych czarno-metalowych beniaminków z Mgły, zupełnie niespodziewanie dałem się oczarować Niemcom, których twórczość pławi się radośnie w mglistych oparach właśnie. Sęk w tym, że Krater oferuje coś więcej niż tylko przekonującą nihilistyczną postawę i bardzo solidne riffy. Venenare jest krążkiem daleko bardziej wielowarstwowym, niż jakikolwiek materiał Krakowiaków, jaki słyszałem. Owszem – jest przez to bardziej przystępny, co zapewne odrzuci pewien promil purystów, ale cholera – od klasycznego, ciężkiego blackowego napieprzania w Prayer For Your Demise, przez melodyjny hymn Stellar Sparks po mozolnie miażdżący Darvaza Breeds, album buzuje pomysłami i czepiającymi się czachy motywami, utrzymanymi żelazną ręką w granicach spójnej artystycznej wizji.

14. BrutusNest

Brutus- Nest

Weźmy szkielet rytmiczny ognistego punka i osadźmy na nim post-rockowy gitarowy impresjonizm á la Marriages, środkowy Sólstafir czy Alcest. Gdy dorzucimy do gara emocjonalny, potężny głos zasiadającej jednocześnie za bębnami, ultra charyzmatycznej wokalistki, dostaniemy słodki granat odłamkowy jakim jest Nest w wykonaniu Brutus. Momentami chwytający za serce (Carry, War i Sugar Dragon) innym razem rozdający kopy niczym zaprawiony hardcorowiec w młynie pod sceną (Fire, Techno, Horde V), ten album jest jedną z najlepszych rzeczy, które w mijającym sezonie wydała na świat szeroko pojęta scena rockowa.

13. AshbringerAbsolution

Ashbringer "Absolution"

Nowy album Ashbringer od czasu premiery bardzo często gościł w moim gramofonie. Ich niezwykle udane połączenie klimatycznego, zaprawionego folkiem blacka z okolic Agalloch z malowniczymi dźwiękowymi pejzażami w stylu Godspeed You! Black Emperor bardzo mi podeszło i w ciągu minionych dwunastu miesięcy wielokrotnie zamykałem oczy i dawałem takim utworom jak Dreamscape, czy Spiritual Architecture teleportować moją świadomość z dala od teraźniejszych nerwów i zgiełku cywilizacji. Moja pełna recenzja sprzed paru miesięcy znajduje się tutaj: (link)

12. DisillusionThe Liberation

Disillusion - The Liberation

Dla mnie to był powrót roku. Nie wyczekiwany przez miliony Tool, a właśnie Disillusion. Ich debiutancki album uwielbiam, podobnie zresztą jak cała rzesza stęsknionych fanów. Glorię uwielbiam trochę mniej, ale też mam na niej swoich ulubieńców i darzę ją dużym sentymentem. Tak więc, ponowne zstąpienie tego niemieckiego kwintetu było dla mnie zajebiście radosną nowiną. Jak się okazało, panowie zrobili w tył zwrot od radykalnej elektronizacji i eksperymentatorstwa Glorii i powędrowali w stronę bardziej klasycznego ciężkiego prog metalu, raz po raz kłaniając się Czasom Splendoru, nigdy jednak w pełni nie powracając do przebojowego, skupionego ataku …And The Mirror Cracked, Fall czy Alone I Stand In Fires, rozwijając raczej tematy zapoczątkowane w ostatnich trzech kawałkach debiutanckiego wydawnictwa. Niestety, początkowo moje oczekiwania szybowały tak wysoko, że pierwsze odsłuchy premierowego materiału pozostawiły mnie z poczuciem lekkiego rozczarowania. Okazało się jednak, że w ciągu roku The Liberation przegryzł się i uleżał w mojej głowie, deklasując kolejnych konkurentów (w tym bardzo przereklamowany krążek Opeth) i koniec końców nie mogło zabraknąć go na tej liście.

11. Deathspell OmegaThe Furnaces Of Palingenesia

Deathspell Omega - The Furnaces of Palingenesia

Nigdy nie było mi po drodze z Deathspellami. Ich twórczość odbierałem wrażeniowo, na zasadzie satysfakcjonującego ciosu w mordę powykręcanym szatańskim złomem, po którym jednak niewiele zostawało mi w głowie z samego procesu odsłuchu. Potrzebowałem The Furnaces Of Palingenesia żeby ich awangardowy black do mnie dotarł. Fakt – Francuzi jakby przerzedzili atak, sprawili, że stał się bardziej chwytliwy i zróżnicowany, nic więc dziwnego, że moje wychowane na mniej lub bardziej melodyjnej muzyce uszy zaczęły go przyswajać. Nie ma tu oczywiście mowy o złagodzeniu przekazu. O ile otwierający numer jest dobrym reprezentantem korekty kierunku, w którym podąża ten kultowy skład, o tyle już The Fires Of Frustration startuje z wykopem nieustępującym materiałowi z Fas – Ite, Malediti, In Ignem Aeternam; Si Monumentum Requires, Circumspice; czy świeższemu The Synarchy Of Molten Bones. Podobne eksplozje furii znajdziemy jeszcze między innymi w Imitatio Dei, Sacrificial Theopathy, ale tak w każdym z nich, jak i w innych, mniej typowych dla DSO numerach, dzieją się naprawdę ciekawe rzeczy. W niemal singlowym Ad Arma! Ad Arma! Znajome pajęcze riffowanie oparte zostało na bardziej eklektycznym, prawie jazzowym szkielecie rytmicznym, natomiast 1523, Standing On The Work Of Slaves i You Cannot Even Find The Ruins skradają się nikczemnie, wywołując gęsią skórkę. Całość materiału ujęta została w ramy wyrazistej, apokaliptycznej koncepcji, tak lirycznej jak i brzmieniowej, co nadaje albumowi tym bardziej niepokojący ton i tym mocniej wrzyna go w świadomość słuchacza. Na TFOP Deathspell Omega przenikają stylistyczną skorupkę i wykorzystują gatunkowe rozwiązania w służbie wizji, a nie odwrotnie, a ja tego właśnie od nich potrzebowałem.

Ciąg dalszy nastąpi niebawem, a poniżej playlista.