Recenzja: Slipknot „We Are Not Your Kind”

Gatunek: industrial / metalcore
Rok: 2019

Kiedy dwadzieścia lat temu, będąc początkującym fanem ciężkiego rocka, usłyszałem pierwszy szeroko dostępny krążek Slipknota (do ich debiutu nigdy nie dotarłem), wydawało mi się, że trafiłem na coś ekstremalnie szalonego, złego i niebezpiecznego – dźwięki z głębokich czeluści chorego umysłu. Jednocześnie album posiadał tak ogromne pokłady energii, połączonej z niezaprzeczalną chwytliwością, że z miejsca szturmem wbił się do mojego muzycznego menu. Dziś – dwie dekady i tysiące przesłuchanych płyt później, twórczość weteranów z Des Moines jawi mi się bardziej jako radosne, skoczne napierdalanie, które miło rozkręcić na cały regulator w samochodzie, zasuwając po autostradzie, niż jako ścieżka dźwiękowa do najczarniejszego koszmaru. Niemała w tym oczywiście zasługa samych bohaterów tej recenzji. Pomiędzy rokiem 1999, a 2019 Slipknot odbył bowiem długą podróż, podczas której stał się jednym z najbardziej rozpoznawalnych i zdecydowanie najbardziej komercyjnie spełnionym zespołem w swoim gatunku, a naturalnym elementem jego ewolucji były coraz śmielsze wycieczki w kierunku radiowego grania i bezpieczniejsze podejście do kompozycji, nawet jeśli nigdy nie pozbył się swojej specyficznej, porąbanej aury – momentalnie rozpoznawalnego klimatu rodem z najbardziej niesmacznych amerykańskich horrorów.

Gdy weźmiemy pod uwagę jego rodowód, We Are Not Your Kind, szósty album Slipknot, nie zaskakuje. Od pierwszej sekundy słychać z kim mamy do czynienia. Po krótkim wstępie muzycy rzucają słuchaczy w wir markowego, komercyjnego, industrialnego metalcore’a, napędzanego tą samą kolektywnie generowaną rytmiką, która stanowiła ich paliwo przed dwiema dekadami, skąpanego w skreczach, elektronicznych zgrzytach, jękach i plamach, okraszonego wściekłymi wrzaskami, skandowaniem oraz oczywiście przebojowymi, stadionowymi refrenami w wykonaniu Coreya Taylora. Z jednej strony nic nowego, z drugiej jednak, tym razem chłopakom najwyraźniej udało się zaczerpnąć głęboki haust świeżego piekielnego powietrza. Tchnęli bowiem w starą formułę nowego ducha, który przejawia się w zestawie niespodziewanie mocnych numerów. Zniknęło znudzenie i rutyna All Hope is Gone i niepoparte jakością kompozycji, natrętne autoplagiatorstwo .5: The Gray Chapter. Jasne, wszystko to już wcześniej słyszeliśmy, ale największe hiciory z We Are Not Your Kind, czyli Unsainted, Nero Forte, Critical Darling i mój ulubiony, thrashowy Orphan bronią się autonomicznie i są bardzo mocnymi reprezentantami melodyjnej strony twórczości kapeli. Pozostają przy tym agresywne i pulsują adrenaliną, bez popadania w post grunge’owe Stone Souryzmy à la Dead Memories.

Slipknot nie zapomina też o zwolennikach bezpardonowego łojenia i uzupełnia album smakowicie wkurwionymi numerami, w których próżno szukać ładnych, radiowych refrenów. Mowa o hardcore’owym, rozdającym bezlitosne ciosy Red Flag i zamykającym stawkę przyjemnie ciężkim, naszpikowanym elektroniką Solway Firth – kompozycjach bez dwóch zdań zasługujących na miejsce na koncertowej setliście. Dostajemy też kilka małych eksperymentów, spośród których na wzmiankę zasługuje zbudowany na bujającej sekcji rytmicznej Spiders. Choć ta kojarząca się nieco z Coming Undone Korna piosenka sama w sobie nie jest niczym szczególnym, ciekawie przełamuje strukturę płyty. Niestety, niewiele dobrego mogę powiedzieć o My Pain – innej spokojniejszej kompozycji na We Are Not Your Kind. Skradająca się w zegarowym tempie „ballada” choć początkowo zdaje się niepokojąca, wkrótce rozpływa się w bezsensownym, niespuentowanym brzęczeniu i jako taka okazuje się zdecydowanie za długa. Podobnie nie robią na mnie wrażenia mozolny Liar’s Funeral i miękkie Not Long For This World. Wyciąłbym te trzy piosenki z korzyścią dla czasu trwania i spójności płyty.

Dla odmiany od eksplorowania muzycznych światów zaklętych w ambitniejszych dziełach lub pielęgnowania wewnętrznego elitarysty przy skrajnie nieprzystępnych, plugawych, brutalnych, czy eksperymentalnych dźwiękach, miło czasem zapuścić zestaw po prostu bardzo dobrze zrobionych, acz niezbyt wymagających piosenek skomponowanych przez ekipę, która wie czego chce i czuje się komfortowo w swoich butach. We Are Not Your Kind jest w większości taką właśnie produkcją. Wprawdzie, tak jak wielu podobnym wysokobudżetowym wydawnictwom, nie udaje jej się uniknąć kilku rozczarowujących wpadek, te jednak zdają się ginąć w tłumie i nie przyćmiewają najmocniejszych punktów materiału. Obok Rammstein jest to dla mnie póki co najmocniejszy tegoroczny kandydat do tronu krainy komercyjnego ciężkiego rocka.

Werdykt:

4stars_bl_sm