Grave Pleasures „Motherblood”

Gatunek: hard rock
Rok: 2017

Parę tygodni temu z obozu Mata McNerneya (Hexvessel, ex Code) i Grave Pleasures, na sklepowe półki trafił opatrzony rzucającą się w oczy okładką premierowy materiał, zatytułowany Motherblood. Podobnie jak pierwsze wydawnictwo tych czterech Finów i jednego Anglika, nowa płyta zawiera dziesięć bezpośrednich, odegranych w post-punkowo – zimnofalowym duchu hard rockowych numerów, okraszonych apokalitycznymi tekstami i jedynym w swoim rodzaju, charyzmatycznym wokalem.

Podobnie jak miało to miejsce w przypadku poprzedniego wcielenia Grave Pleasures, czyli Beastmilk, tak i tutaj głównym atutem muzyki są zaraźliwe, przebojowe kompozycje, uzbrojone w świetne melodie i refreny tłukące się po głowie na długo po wybrzmieniu ostatnich nut albumu. Co ciekawe i charakterystyczne dla projektów, w które zaangażowany jest McNerney, słuchając ich tak bardzo przecież przyswajalnych piosenek, nie potrafię oprzeć się wrażeniu lekkiego niepokoju. Tańcząc do Be My Hiroshima czy Laughter in the Abyss czułbym się trochę jakbym bawił się przy dźwiękach orkiestry grającej na pogrzebie cywilizacji, w świetle radioaktywnych chmur. Nie da się ukryć, że taki pogrzeb byłby niezłą imprezą. Pomimo bowiem aury potrafiącej wywołać ciarki na plecach, właściwie wszystkie utwory składające się na Motherblood to ociekające charyzmą, zajebiste rockowe petardy. Na wyróżnienie zdecydowanie zasługują iskrzący energią Infatuation Overkill, niemożliwie chwytliwe Be My Hiroshima i Laughter in the Abyss, klimatyczny, nieco teatralny Falling For An Atom Bomb i gotycki Joy Through Death.

Pozostałe numery trzymają równy, wysoki poziom i słucha się ich bardzo dobrze, nawet jeśli niektóre, jak Mind Intruder i Atomic Christ nie wnoszą wiele nowego do tematu i siłą rzeczy spadają do drugiego szeregu. Całość trwa idealne niecałe czterdzieści minut i gdy milkną takty kończące Hunted Afterlife, trudno znaleźć powód, by ponownie nie wcisnąć play. Motherblood nie udało się wprawdzie dorównać jakościowo pierwszemu i jedynemu wydawnictwu Beastmilk, ale jest zauważalnym krokiem naprzód względem i tak przecież niezłego debiutu Grave Pleasures. Nie ulega wątpliwości, żę będę do tej płyty wracał w chwilach jesiennych spadków energii. Pozycja obowiązkowa.

fivestars_bl_sm