Paradise Lost „Medusa”

Smutni Brytyjczycy z Paradise Lost kontynuują swoją podróż w przeszłość. Dwa lata od premiery The Plague Within światło dzienne ujrzała ozdobiona oszczędną, stylową okładką Medusa, która stanowi dla zespołu kolejny krok w kierunku surowych brzmień i grobowych kompozycji, kojarzących się z ich wydawnictwami sprzed ćwierćwiecza. Panowie konsekwentnie wypychają granice swojego stylu w kierunku doom deathowych terytoriów, odkładając stopniowo na bok gotycko-rockowe ciągoty. Ich reminiscencje wciąż jednak tu i ówdzie przeświecają przez posępną aurę całości, nadając utworom unikatowy, momentalnie rozpoznawalny sznyt i przypominając z kim właściwie mamy do czynienia.

A mamy do czynienia z tymi samymi dżentelmenami, którzy częstowali nas angielską melancholią i spleenem przez niemal 30 lat. Kapela w żelaznym składzie Holmes-Mackintosh-Aedy-Edmondson, z wymienionym bębniarzem, przyprowadzonym z Vallenfyre Waltteri Vayrynenem, brzmi tak samo potężnie, jak na poprzednich kilku wydawnictwach. Gitarowy duet wciąż pięknie się uzupełnia: Mackintosh kontrapunktuje pełznące, jeszcze bardziej niż dotychczas wionące beznadzieją riffy Aedy’ego jedynymi w swoim rodzaju, zawodzącymi partiami wiodącymi; growling Holmesa jest po prostu świetny – surowy, wyrazisty i dobitny, imponuje zwłaszcza w zestawieniu ze znajomymi melodyjnymi liniami, których wciąż sporo się w kompozycjach przewija. Przesterowany bas Edmondsona rzęzi niemalże dronowo, co zwraca uwagę choćby w pierwszych sekundach kawałka tytułowego, zaś młody garowy tłucze intensywnie, serwując wyborne, gęste przejścia, które przydają numerom pewnego uporczywego charakteru. Nie da się ukryć, że wciągnięcie go pod banderę Raju Utraconego było dobrym posunięciem.

Wszystkie owe elementy składają się na całokształt, któremu nie można odmówić spójności i wyrazistości wizji, wypadający bardziej bezkompromisowo, niż to dotychczas miało w tym angielskim obozie miejsce i osobiście cieszę się, że Paradise Lost obrali w swojej twórczości taki właśnie kierunek. Niestety jednak, choć stylistycznie Medusa jest równym krążkiem, pod względem jakości kompozycji nie zawsze udaje jej się utrzymać najwyższy poziom. Bez obaw: większość piosenek, do której zaliczyłbym rozbudowany Fearless Sky, miażdżący From the Gallows, łagodniejsze, przebojowe The Longest Winter i Medusa oraz motoryczny Blood & Chaos, to prawdziwe paradajsowe perełki, zdecydowanie wzbogacające ich obszerną dyskografię. Szkoda tylko, że te kilka pozostałych, po licznych przesłuchaniach, wciąż nijak nie chce pozostać mi w głowie. Mimo, że Gods of the Ancient, No Passage for the Dead i Until the Grave pięknie wpisują się w ponury krajobraz albumu, trochę zawodzą w indywidualnym odbiorze i ostatecznie plasują się na tyłach stawki.

Podsumowując, Medusa to mocna pozycja w katalogu Paradise Lost, która, co w sumie zaskakujące, biorąc pod uwagę nie tak dawne wycieczki chłopaków w stronę elektronicznego rocka, bardzo satysfakcjonująco gniecie na doom deathową modłę. Brzmienie albumu, i nie mam tu na myśli tylko produkcji, ale ogólny dobór składników muzycznej mieszanki, prezentuje się wyśmienicie i jeśli ktoś nie kręci z zasady nosem na odrobinę cięższych brzmień, powinien je docenić. Nawet jeśli życzyłbym sobie, żeby wszystkie nowe kawałki były tak dobre jak te kilka które wymieniłem parę zdań wcześniej, czuję się więcej niż usatysfakcjonowany formą tej zasłużonej ekipy u progu trzeciej dekady XXI wieku. Zawsze czekam z zainteresowaniem na ich kolejne wydawnictwa i ponownie się nie zawiodłem.

4stars_bl_sm