God Dethroned „The World Ablaze”

Informacja o powrocie God Dethroned na scenę mocno mnie swego czasu ucieszyła. Chłopaki zawiesili działalność na parę lat po wypuszczeniu bardzo dobrego (jak zwykle zresztą) Under the Sign of the Iron Cross, by zameldować się w prawie całkowicie wymienionym składzie na kilku koncertach i wreszcie, w tym roku, poczęstować słuchaczy nowym krążkiem.

Biorąc pod uwagę fakt, że Holendrzy wcześniej oficjalnie zwinęli żagle, ich dzisiejszy comeback stanowi zadziwiająco konsekwentną kontynuację tego, jak brzmieli w 2012 roku, tak w warstwie muzycznej jak i tematycznej. Nadal jest to jadowity, a zarazem przebojowy death metal z solidną dawką melodii i sentymentem do wątków militarnych, które stopniowo wyparły z ich twórczości plugawienie religijnych symboli. Growlujący gitarzysta,  Henri Sattler, który jest obecnie jedynym oryginalnym członkiem God Dethroned, nie stracił ani odrobiny ze swojej zawziętości, wystrzeliwanej w siekącej kanonadzie riffów i wypluwanej we wściekłych frazach. Oprócz tego, charakterystycznym elementem jego stylu pozostają unoszące się nad pobojowiskiem i kontrastujące z wszechobecną nienawiścią, chwytliwe solówki.

The World Ablaze łączy te elementy w rzetelnym, żywiołowym napieprzaniu w starym dobrym stylu. Wchodzący po krótkim intrze Annihilation Crusade otwiera płytę dokładnie tak jak trzeba, z thrashowym ogniem, szczodrze rozdawanymi blastami i prostym refrenem, który daje kopa i zostawia w pamięci zabłocony odcisk trepa. Nie zaskakuje, Ameryki nie odkrywa, ale też nie musi. Większość krążka obraca się w podobnych klimatach, ale szybkie numery (The World Ablaze, Close to Victory, Breathing Through Blood) porozdzielane są chwilowymi zmianami biegu w postaci walcujących, utrzymanych w średnim tempie The White Army i Messina Ridge oraz pełnego złowieszczego groove’a On the Wrong Side of the Wire. Stawkę zamyka zaś powolny, posępny The 11th Hour.

Słuchając The World Ablaze odnoszę wprawdzie wrażenie, że nie ma tu nic wybitnie wyjątkowego, a jednak God Dethroned nie zawodzi. Całość ma dobry flow, skutecznie uchyla się przed monotonią i koniec końców, do ostatniej sekundy epickiej solówki zamykającej The 11th Hour, wchodzi aż miło, także dzięki świetnej produkcji, pod którą podpisał się niezawodny Dan Swanö. Na tle kilku innych popularnych melodeathowych składów, komando Henriego Sattlera wybija się za sprawą ciężaru i agresji, pięknie wpisujących się w tematykę tekstów i ostatecznie przekładających się na brutalną skuteczność, której taki choćby cukierkowy Arch Enemy, czy przerysowany Amon Amarth raczej już nie osiągną.

Ocena: 8/10