Unleash The Archers: „Apex”

Gatunek: power metal
Rok: 2017

Power metal ma ostatnio trochę pod górkę. W dobie boomu na shoegaze’owe blacki i occult / stoner dooma, dzielnym łowcom smoków niełatwo przekonać do siebie słuchaczy ciężkiej muzyki. Tym niemniej, od czasu do czasu wciąż można trafić na jakąś sensowną propozycję, która znajduje wąską ścieżkę pomiędzy stricte nostalgiczną wycieczką, na siłę opierającą się duchowi czasu, a skrajną autoparodią, mającą uzasadnić jej egzystencję w oczach wyluzowanej młodzieży, na co dzień bawiącej w innych muzycznych rejonach.

Unleash the Archers bliżej do pierwszej z wymienionych tendencji. Już po kilku chwilach obcowania z Apex nie da się tej kanadyjskiej ekipie odmówić wierności XX-wiecznym ideałom, nawet jeśli w ich brzmieniu łatwo wyczuć nowoczesny temperament. Zawarta na płytce muza kojarzy się z klasycznym podniosłym i radośnie chwytliwym euro-powerem w stylu, powiedzmy, Hammerfall. Została jednak dopakowana sporą ilością mięcha, którego nie powstydziłyby się któryś z bardziej melodyjnych nowoczesnych melodeathów, na przykład Mors Principium Est. Słychać to już w riffowaniu otwierającym The Awakening i w muskularnej pracy garów, które tylko od czasu do czasu wpadają w tradycyjny galop. Dodatkowych cojones przydaje piosenkom śpiew Brittney Slayes (owszem, za mikrofonem stoi dziewczyna), mocny i pewny siebie, a zarazem poustawiany w naprawdę chwytliwe melodie. Po kilku przesłuchaniach refreny Ten thousand against one, The Cowards Way czy Cleanse the Bloodlines po prostu muszą zacząć telepać się po głowie. No i nie ma tu mowy o przesadnym lukrze, z jakim mamy do czynienia choćby na krążkach Twilight Force; zamiast tego dostajemy rozsiane tu i ówdzie krótkie partie growlingu.

Piosenki na Apex niezmordowanie zasuwają naprzód, zdarzają się jednak mile widziane zmiany tempa, przy okazji False Walls i wspomnianego, hymnowego Ten thousand against one. Materiał ujęty jest w ramy lirycznej koncepcji i opowiada legendę o starożytnym strażniku, który, związany klątwą, służy niedobrym ludziom robiąc na ich zlecenie niedobre rzeczy. O czymś w końcu trzeba śpiewać, a tak przynajmniej jest to w miarę interesujące – na pewno bardziej niż teksty o graniu metalu, jakie wciąż lubią prezentować pewne niemieckie dinozaury.

W końcowych minutach Apex  niestety zaczyna się trochę ciągnąć – Earth and Ashes i Call Me Immortal nie są tu moim zdaniem niezbędne i można sobie je było spokojnie odpuścić. Album i tak trwa godzinę, więc wcale niemało. Przy wysokiej jakości zdecydowanej większości materiału nie jest to jednak męcząca wada, bo oba te utwory daje się wciągnąć niejako z rozpędu, by za chwilę cieszyć się zamykającym stawkę, ultra nośnym numerem tytułowym.

Najnowsze dzieło Unleash the Archers to kawał solidnego, barwnego grania, którego można z przyjemnością posłuchać dla odmiany od obecnego niemainstreamowego mainstreamu. Jeśli nie łupie was w zęby power metal jako taki, to Apex zapewnia porządną porcję oldschoolowej energii, której w takiej formie od lat 90. wcale aż tak dużo na muzycznym rynku nie ma.

35stars_bl_sm