Brutal Assault 2017: Dzień 1

To był już mój dziesiąty “Brutal” z rzędu. Po raz dziesiąty spędziłem cztery dni w zatłoczonej twierdzy przy czesko-polskiej granicy, w towarzystwie pewnie około 20 000 metalowców, krążąc pomiędzy pięcioma scenami, namiotami z browarem, budkami z jedzeniem i tak zwanym metal marketem. Pogoda jak zazwyczaj – w kratkę; błoto, kurz i miks zapachów chińskich nudli, burgerów i toi tojów też po staremu. Tak więc, oczywiście – po staremu – było świetnie!

Podczas minionej dekady widziałem koncerty większości interesujących mnie kapel z tegorocznego składu imprezy, wobec czego podszedłem do tej edycji na luzie. Ot, zwieńczenie urlopu, kilka ostatnich dni totalnego chillu, kiedy najważniejszą decyzją jest wybór między langoszem a hot dogiem. Oczywiście, jak zapewne dla większości bywalców, głównym muzycznym daniem był dla mnie w tym roku gig Emperora, ale oprócz niego kilka mniejszych sztuk także zdecydowanie chciałem zaliczyć. Program miałem więc w miarę wypełniony.

W środę pod scenę zawędrowałem, by zobaczyć nową szwedzką supergrupę – The Lurking Fear (w składzie między innymi Thomas Lindberg i Adrian Erlandsson). Bezpośredni swe-deathowy łomot na rozgrzewkę wypadł całkiem nieźle, mimo że publika dość jeszcze była nieruchawa i odrobinę przypieczona słońcem. Choć tematyka wałków czerpie ponoć z prozy Lovecrafta, panowie zrezygnowali z budowania nastroju grozy i wystąpili w festiwalowych kreacjach, czyli jeansy, t-shirty i obowiązkowa czapeczka na głowie frontmana – żadnych sutann, macek, gadżetów czy podobnego cholerstwa; czysta, surowa jazda. Mam wrażenie, że doświadczeni muzycy potrzebują takich odskoczni – kapelek bez bagażu, co do których nikt nie ma wygórowanych oczekiwań. Mogą sobie wejść na scenę, ponapierdalać co im w serduchu gra i zejść na kilka festiwalowych browarków. Generalnie na plus. Koncert nie pozostawił wprawdzie szczególnych wspomnień, ale postanowiłem, że na spokojnie sprawdzę ich premierowy krążek.

Niedługo później scenę obok zajęli ojcowie nowej estetyki tech-deathu, czyli Gorguts. Naprawdę lubię oglądać na żywo pracę instrumentalistów ich pokroju. Kilkadziesiąt minut rzeźbienia pokręconych, jazzujących numerów z krążków od Obscury wzwyż to uczta dla uszu i oczu. Nie mogłem nie uśmiechnąć się widząc Lemaya, który metodycznie, bez widocznego spięcia wycina na gryfie porąbany riff z tytułowego utworu ze wspomnianej płyty. Po pozostałych członkach obecnego składu też od razu widać, że nie urwali się z Cannibal Corpse czy innego Six Feet Under (z całym szacunkiem dla obu grup – po prostu nie są dobrym przykładem szerokich horyzontów!), lecz mają za sobą lata grania w ambitnych technicznie kapelach, jak Dysrhythmia i Krallice. Muzyka Gorguts ma w sobie ponadto tę pulsującą dynamikę, której brakuje wielu chirurgicznie precyzyjnym bandom, dzięki czemu genialnie sprawdza się na scenie. Koncert przypomniał mi nawiasem mówiąc, że nie zapoznałem się jeszcze z najnowszym materiałem Kanadyjczyków, czyli EP-ką Pleiades’ Dust. Niedopatrzenie kwalifikujące się do natychmiastowego nadrobienia.

Madder Mortem
Madder Mortem, fot. MC

Z przyjemnością zobaczyłem tego wieczoru występ Madder Mortem, norweskich awangardowców tworzących na pograniczu metalu i nowoczesnego hard-rocka, z inklinacjami do swingujących rytmów. Wokalistka, Agnete Kirkevaag, jak zwykle zaraziła publikę pozytywną energią, dzięki czemu pod sceną zapanowała świetna, imprezowa atmosfera. Naprawdę dobrze, że sztuka miała miejsce w namiocie, na małej scenie, gdzie nie bardzo liczni fani kapeli nie zginęli w tłumie przypadkowych gapiów, tak jak miało to miejsce kilka lat temu, kiedy to na głównej estradzie występ Norwegów spotkał się z pewnym niezrozumieniem. Tym razem ekipa była wśród swoich, a odegrane przez nich starsze numery, jak choćby M for Malice zostały natychmiast rozpoznane i spotkały się z entuzjastycznym przyjęciem.

Do następnego show, w wykonaniu heavy metalowego Metal Church, podszedłem merytorycznie nieprzygotowany. Nie znam ich dyskografii, poza doskonałym debiutem (słuchając Gods of Wrath i Metal Church do dziś mam ciarki na plecach) i najnowszym IX, który dla odmiany, choć chwytliwy, muzycznie wydaje mi się płaski i ubogi. Trzon kapeli stanowią dziś jej założyciel, gitarzysta Kurdt Vanderhoof i obdarzony charakterystycznym chropowatym wysokim głosem gardłowy, Mike Howe. Wykonawczo obaj są rzeczywiście świetni – łysy wioślarz o aparycji starszego Gomera Pyle’a z Full Metal Jacket (lub jak kto woli, Kingpina z Netflixowego Daredevila) rzeźbił klasyczne, epickie solówki i motoryczne riffy emanując swobodą i doświadczeniem, zaś drobny, dziwnie schludnie wyglądający frontman dwoił się i troił, łapał pozy i gestykulował ze swadą charakterystyczną dla gwiazd sporego formatu, bez wysiłku śpiewając przy tym całkiem wymagające linie. Niestety, te dwa składniki nie wystarczyły, żeby wyszedł z tego naprawdę dobry koncert. Kolejne odgrywane numery, choć wyposażone w nośne refreny, robiły wrażenie banalnych i przewidywalnych, nawet w swoim gatunku, od którego nikt nie wymaga przecież wizjonerstwa czy ponadprzeciętnej kompozycyjnej finezji. Koniec końców słuchało się chłopaków i oglądało bez bólu, ale raczej nie zajrzę do ich back-catalogu celem uzupełnienia braków w muzycznej edukacji.

Gwiazdą wieczoru była czeska legenda, czyli naturalnie Master’s Hammer. Dla niezorientowanych, ta istniejąca od lat 80-tych kapela ma na koncie dwa kultowe black metalowe klasyki: Ritual i Jilemnicky Okultista, które zdobyły masę uznania nie tylko za naszą południową granicą. W 2009 roku, po długiej przerwie w działalności, zespół powrócił na scenę i od tamtego czasu nagrał parę krążków utrzymanych w charakterystycznej, ale dla mnie dość niezjadliwej estetyce, którą w przybliżeniu określić można jako awangardowy (jeśli nie ciut groteskowy) melodyjny black. Ważny fakt jest taki, że ich koncert na tegorocznym Brutalu był pierwszym od czasu zawieszenia działalności, to jest mniej więcej od 1995 roku! Tak więc, jak można sobie wyobrazić, stanowił nie lada wydarzenie, dla Czechów pewnie wcale nie mniejszego kalibru, niż nadchodzący show Emperor. Po tym przydługim wstępie muszę się przyznać, że mnie wdzięki twórczości charyzmatycznego Františka Štorma i kolegów nigdy nie kupiły, w związku z czym obejrzałem ich występ z odległości trybuny, wizualne wrażenia czerpiąc głównie z telebimu. Z głośników poleciały klasyczne numery, uzupełnione o dziwny, reprezentatywny dla obecnej stylistyki Master’s Hammer hymn z ostatnich lat, czyli Vracejte konve na místo. Trzeba powiedzieć, że sztuka była przygotowana z gwizdem – na scenie ustawiono demoniczne posągi, muzykom towarzyszyły skąpo odziane modelki w koźlich maskach, przyjmujące pozy Bafometa wskazującego ścieżkę lewej ręki, zaś jednym z instrumentów był kocioł – nieodłączny element muzyki Czechów. Oprawę uzupełniały eksplozje ognia na froncie sceny. Słowem, pełen wypas. Zdecydowanie dało się odczuć, że koncert czeskiej legendy był jednym z gwoździ programu dwudziestej drugiej edycji festiwalu. Co ciekawe, biorąc pod uwagę okoliczności i rangę wydarzenia, publika pod sceną zachowywała się niespodziewanie statycznie, witając zasłużonych muzyków z entuzjazmem, ale bez szału.

Metal Church
Metal Church, fot. MC

W ciągu pierwszego dnia imprezy spojrzałem jeszcze przez chwilę na Wintersun, ale opuściłem płytę zniesmaczony po kilku minutach. Dużo zadęcia, ale efekt marny – głównie landrynkowy. Poza tym dotarłem na koncert viking-blackowego Helheim, którzy dla odmiany wypadli zajebiście ciężko w zestawieniu z tym, czego spodziewałem się znając ich twórczość z płyt. Całkiem przyjemny kawałek skandynawskiego łojenia z rejonów Blodhemn i Mardraum pewnego norweskiego zespołu na E, oszczędny formalnie i wizualnie, za to ciekawy aranżacyjnie. Na pożegnanie zajrzałem jeszcze do rodaków z Batushki, ale zmęczenie i dziki tłum zgromadzony już pod sceną spowodowały, że postanowiłem odłożyć wizytę na ich występie na jakąś lokalną okazję. Nawiasem mówiąc, odbiór tego zagadkowego zespołu wśród zagranicznej publiki robi wrażenie – polscy blackowcy bez wątpienia wyrośli na gwiazdę dużego formatu.

Żałuję, że ze względów organizacyjnych nie udało mi się dotrzeć na tak zwaną scenę orientalną i posłuchać Cough i Boris, a także pożegnać się z Dillinger Escape Plan, którzy zgodnie z zapowiedziami mają po obecnej serii koncertów definitywnie zniknąć ze sceny.

Ciąg dalszy nastąpi!